Tbilisi na dwa fronty Biuro podróży Goforworld by Kuźniar

Tbilisi na dwa fronty

Pojechałem kiedyś do Gruzji i porwała mnie taką świeżością i charakterem, jak wcześniej latynoskie Karaiby. Pamiętam, że gdzieś w podstawówce obijało mi się o uszy słowo “Szewardnadze”, brzmiało jak abrakadabra, lecz intrygowało. Podobnie, jak tytuł jednej książki na półce u mego ojca: Ciudad Trujillo. Z tą powieścią Andrzeja Wydrzyńskiego wylądowałem po latach w Dominikanie. Wiele bym dał za powrót do wczesnej młodości po więcej takich “kluczy” otwierających świat! Tymczasem, kolejna podróż nabiera sensu, nabiera smaku, jeśli człowiek będąc w drodze znowu zaczyna się uczyć. Innej geografii, czy kultury. Do Gruzji zaniosło mnie dwa razy: zimą 2011 roku i jesienią 2013 roku. Dobrze jest wracać tam, gdzie było dobrze.

Stary Antek mocno śpi

Żal było z Gruzji wyjeżdżać po koniec listopada. Tbilisi o tej porze, szczególnie starówka tbiliska, zaczyna pachnieć swojsko drewnem palonym w piecach. Ciągnęło mnie do takiego Tbilisi. Gdybym umiał śpiewać, jak Sinatra, to zaśpiewałbym o tym mieście, this is my kind of town.

Wtedy, za pierwszym razem, w lutym, sypał wielki śnieg i wisiała mgła nad gruzińską stolicą i trzeba było lądować prewencyjnie u sąsiada, w Erywaniu, i czekać aż coś się zmieni. Mgła miała w Polsce fatalną prasę od jakiegoś roku, więc polski kapitan nie ryzykował, posadził lotowskiego żurawia na lotnisku w stolicy Armenii, w środku nocy. Tam było dość widno i sucho, w dodatku pusto. Tylko z dala od opustoszałego terminalu rozkraczył się wysłużony AN-12. Przy nim zaparkowaliśmy. Jakiś mocarny czort kryje się w konstrukcji tych posowieckich transportowców, są charakterne, wiecznotrwałe, do tego mają wygląd. Siedziałem przyklejony do bulaju, patrząc na uśpionego Antonowa z niejaką fascynacją.

DSC_0012

Przypomniał mi się film “Pan życia i śmierci”, z Nicolasem Cagem. Pewnie znacie. Taką maszyną, wyładowaną uzbrojeniem po sam sufit, lądował ścigany przez Interpol Nick gdzieś w Sierra Leone. Zdziwionym tubylcom rozdał w trymiga całe śmiercionośne ustrojstwo: kałasznikowy, granaty, bazooki, girlandy pocisków. Na koniec Afrykańczycy rozmontowali opasłego “Antka” do ostatniej śrubki. Ponoć, do kręcenia zdjęć w Afryce prawdziwy AN-12 został wypożyczony ekipie filmowej przez Wiktora Buta – oryginalnego “handlarza śmiercią”. Takie skojarzenia miałem w Erywaniu.

Po godzinie nadeszły komunikaty meteorologiczne z Tbilisi, dobrze rokowały. Można było kontynuować lot. Do celu zostało niespełna trzysta kilometrów, co oznaczało start i zaraz lądowanie. Na gruzińskim lotnisku samolot osiadł na białej wykładzinie. Nie nadążano z odśnieżaniem pasa. Za to zniknęła mgła!

Sytuacja awaryjna

“Awaria” była pierwszym słowem, jakie usłyszałem w Tbilisi. Z lotniska do hotelu na starówce dotarłem na długo przed śniadaniem. Niespiesznie wybudzała się niedziela. Kiedy wjeżdżałem taksówką na wschodnie, tbiliskie przedmieścia, okolicę spowijała ponura szarzyzna. Nie czułem zniechęcenia. Za to awaria oznaczała, że w hotelu wysiadł prąd. Bez prądu nie było światła, ani ogrzewania. Bez telewizora mogłem przeżyć. Przywitała mnie Gruzinka o wielkich, zmęczonych oczach, w średnim wieku, raczej zakłopotana obrazem sytuacji. “Awaria”, powtarzała, łapiąc się za głowę, i przepraszając, jakby to co najmniej od niej zależało, że tak się porobiło. Przytomnie wyszperała zapałki i zapaliła świece, osadzone na ramionach starego kandelabru. Żółta poświata uwolniła z mroku przestronny hol oraz drewniane schody, prowadzące na piętro. Kobieta, upewniwszy się, że jestem faktycznie osobą, której tu oczekiwano, zaprowadziła mnie na górę, rozświetlając drogę dodatkową świecą. Na półpiętrze stał ogromny samowar. “Awaria”, rzuciła raz jeszcze Gruzinka, niepewnie uchylając drzwi pokoju, w którym miałem zamieszkać.

DSC_0167

Zmartwiło ją, że na ziąb bijący z wnętrza zareagowałem milczeniem. O to jej więc chodziło, o to, że gość w dom zimową porą, a tutaj nienagrzane. Lecz chłód nie stanowił jedynego problemu. Drugim był smrodek w pokoju, ot, klasyczna mieszkanka anty-zapachów: potu, przetrawionego alkoholu i przepoconych skarpet. Plugawa trójca, patronka akademików, hosteli i wszelkiego sortu melin. Ktoś tu niedawno dogorywał po ostrej bibie a ja zjawiłem się zbyt wcześnie. Na szczęście za oknem nie brakowało świeżego wozducha.

Wyszedłem na werandę, by spojrzeć na zimowe, ospałe Tbilisi. Pałac Prezydencki, ustawiony na wzgórzu, po drugiej stronie rzeki Mtkwari – wówczas siedziba prezydenta Micheila Saakaszwilego – był bizantyńsko oświetlony. Chyba tam został skierowany cały prąd ze starówki! Chrupałem wyziębłe jabłko, nabierając dystansu do świata. W hotelu dostałem dogadane śniadanie. Podano je w salonie z kominkiem, białym, steranym fortepianem, tysiącem zakurzonych bibelotów oraz tak wielkim rogiem do picia wina, że pewnie z pół gąsiora tego trunku wchodziło tam na raz. Z ukontentowaniem zjadłem ser sulguni, przyjemnie skrzypiący między zębami, jak smażony oscypek, wybornie smakowały jajka i chleb z masłem. Polubiłem herbatę Gurieli, esencjonalną, mocno osłodzoną. Wreszcie w odświeżonym pokoju, zawinięty po uszy w piernaty, odzyskałem kilka godzin snu.

Śmierć pachnąca słonecznikiem

Pewnie nie śniło mi się wówczas, że trzy lata później wrócę do tego miasta jesienią, w listopadzie, że przejadę prawie czterysta kilometrów marszrutką z Batumi, że gdzieś po drodze kupię cynamonowy chleb nazuki, i że wysiądę na wielkim bazarze przy dworcu Didube, i podjadę na tbiliską starówkę, by znowu tam zamieszkać. Nie myślałem, że kiedyś będę się włóczył po nocnym Tbilisi ze swobodą stałego bywalca. Do niektórych miejsc chciałem dotrzeć, jak najszybciej. Rozglądając się dookoła, przywoływałem różne wspomnienia. Pamiętałem Gruzina, który sprawiał barana na jednym ze staromiejskich podwórek. Masywny tułów zawisł już na dziecięcej huśtawce, krew z niego wyciekała lepkimi skrzepami a barani łeb, ledwie co oderżnięty, leżał tuż obok na ławce. Żaden surrealizm. Po prostu huśtawka i ławka wiodły drugie życie. Gruzin potężnym głosem odpowiedział na moje, wciąż niewyrobione gamardżobat, nie przerywając swej rzeźnickiej roboty. Gamardżobat znaczy dzień dobry.

DSC_0049

A potem zobaczyłem trupa starej kobiety. Otarłem się o karawan stojący w korku, przy wylocie z ulicy Leselidze na Tavisuplebis moedani, czyli Plac Wolności. Brakowało temu pogrzebowemu wehikułowi typowych, zaciemnionych szyb. Mimochodem zajrzałem do środka i pożałowałem. Trumna był otwarta. Nie zapomnę kształtu nosa tamtej kobiety, był w zaniku, jak u mumii któregoś z Ramzesów, rozwiniętej z tysiącletnich bandaży, tylko znacznie bardziej zbielały, zaiste trupio blady, jaki i reszta zapadniętego lica denatki. Gdy karawan odjechał, poczułem zapach prażonego słonecznika, dla mnie zapach śmierci spotkanej tamtego dnia w Tbilisi.

Słonecznik sprzedawała inna kobieta, całkiem żywa, zakutana w grubą czerń. Swój lichy kram rozłożyła na szarym papierze, wprost na chodniku. Miała tam jeszcze pestki dyni i wyłuskane fistaszki, podobnie, jak jej konkurentka dziesięć metrów dalej. Dwie inne przekupki, niemal identycznie na czarno ubrane, po drugiej stronie jezdni oferowały dokładnie taki sam asortyment. Co więcej, słonecznik i co tam jeszcze do poskubania mogłem kupić za ichnie gorsze, czyli tetri w przejściu podziemnym, blisko metra, przy parlamencie, obok cerkwi i gdzie tylko bym chciał. Dziesiątki gruzińskich kobiet w czerni handlowało taką spożywczą drobnicą dosłownie na każdym kroku. Po trzech latach spotykałem te kobiety w tych samych rewirach, za to już znacznie odrestaurowanych, bo Tbilisi zdążyło się przekształcić, czasem nie do poznania.

DSC_1081

Ulica Cienia po Kapuścińskim

Paliłem się, by pozaglądać tam, gdzie dawniej przebywałem najczęściej. W 2011 roku mieszkałem przy ulicy Czachruchadze. Czterdzieści parę lat wstecz eksplorował te rewiry Ryszard Kapuściński. Swoje impresje z gruzińskiej stolicy uwiecznił w zbiorze reportaży “Kirgiz chodzi z konia” i powtórzył je w swoim znacznie późniejszym “Imperium”. Tę pierwszą książkę czytałem tam, na miejscu, konfrontując ówczesnego ducha Tbilisi, utrwalonego w “Kirgizie…” z tym, co sam zastałem. Kapuściński zachwycił się starówką, napisał o niej wówczas: “W Tbilisi lubię dwie ulice: Nakaszidze – ulicę słońca, i Chachruchadze – ulicę cienia. Ich bieg jest kręty, spadzisty i sobie przeciwny: Nakaszidze kieruje się na południe, a Chachruchadze na północ. Obie ulice są wystrugane z drewna. Są jak z jasełek. Obie wąskie, ciasno zabudowane, o skąpym metrażu. Domki na tych ulicach mają taką barwę jak pudła starych skrzypiec albo antycznych zegarów. Są to miniaturowe budynki z dębu, z klonu, a czasem ze świerku. Tynków jest mało, a cegły jeszcze mniej. Jest natomiast trochę kamienia mozolnie ciosanego. Z kamienia i z drewna starzy mistrzowie stworzyli arcydzieło tych dwóch ulic. Można tam chodzić bez końca. Architektoniczny urok tego zakątka wciąga bez reszty.” (“Kirgiz chodzi z konia”, Ryszard Kapuściński, Warszawa 2013).

Mnie również wciągnęła wtedy atmosfera Dzveli Tbilisi – Starego Tbilisi a zarazem wiedziałem, iż patrzę na zupełnie inne miejsce – niepokojąco podupadłe. Najbardziej zrujnowane domy opustoszały. Cegły z walących się ścian zległy wprost na ulicę, tworząc posępne gruzowisko. Widziałem sterczące bez życia żiguli, kalekie wołgi, moskwicze pełne smutku. W czasie gruzińskiej wojny domowej ciężkie pociski tutaj nie spadały. Cokolwiek złego się działo w Tbilisi i miało związek z jednym, czy drugim krwawym przewrotem, działo się poza Starówką, na Alei Rustawelego, głównie przed Parlamentem. To były “wojny jednej ulicy”. A jednak widoki mówiły co innego. Pośród ruder biegały dzieciaki z plastykowymi karabinami. Mierzyły do siebie, strzelały. Kiedyś na Sycylii, w zaułkach Palermo strzelali do mnie “mali mafiosi”. Strzelali plastykowymi kulkami z pistoletów-zabawek. Celnie. Nie na żarty. Oberwałem zdrowo po nogach. Mali strzelcy w Tbilisi nie zwracali na mnie uwagi. Bawili się w “swoją wojnę”, naśladując dorosłych. W kraju, gdzie wojen nie brakowało. Wiele wysiłku włożono, aby zrekonstruować przynajmniej cześć tamtej zrujnowanej architektury. W listopadzie 2013 roku Stare Tbilisi zaskakiwało już niebywałą metamorfozą. Wielu kamienicom, gankom, kutym, stylowym balkonom podarowano nowy żywot.

DSC_0072

“Chinkali jest zajebiste”

W Tbilisi poszedłem do ulubionej gospody Zakhar Zakharich, blisko stołecznego pchlego targu przy Mshrali Xidi, tzw. “Suchym Moście”. Tam uchowało się całe dobrodziejstwo kuchni gruzińskiej – z chinkali na czele. Jest to odmiana pierogów w kształcie zgrabnych sakiewek, wypełnionych przyprawionym mięsem, które podczas gotowania uwalnia aromatyczny rosołek. Chinakli jada się w specjalny sposób, bez noża, czy widelca. Wymaga to pewnej wprawy. Chwyta się pojedynczą, gorącą sztukę za “węzeł”, odwraca, nadgryza kawałek i ostrożnie wysysa bulion, a potem zjada resztę za porządkiem. “Chinkali jest zajebiste”, pisze gruziński prozaik Zaza Burczuladze w swojej powieści “Adibas”. Zaza jest, jak powiadają, “głosem młodej Gruzji”. W sprawie rzeczonych pierogów dodaje, iż “myli się ten, kto myśli, że chinkali jest tylko potrawą. Chinkali jest zjawiskiem. Fragmentem gruzińskiego DNA. Gruzińską duszą. Gruzińską obsesją. Gruzińską legendą. Tego nie można zrozumieć, to trzeba poczuć” (“Adibas”, Zaza Burczuladze, Warszawa 2011). Jak widać, nie ma ucieczki od chinkali. Jadłem je wielokrotnie, starałem się to robić, jak Bóg przykazał, nieraz się sparzyłem.

Wino i przyjaciele

Czekali też starzy przyjaciele i nowe wino, gęste, jak krew – saperavi, dużo tego wina. Moimi towarzyszami w Gruzji byli Temo i Giorgi. Poznałem ich obu tamtej zimy w 2011 roku. Wówczas Temo był przewodnikiem na etacie w jakimś lokalnym biurze podróży a Giorgi jego kierowcą. Pierwszy młodszy od drugiego o pokolenie. Obaj Gruzini z regionu Imeretia, obaj mieszkający dziś w gruzińskiej stolicy, obaj widzieli, jak rozpadło się Imperium, obaj różnie to pamiętają. Temo znający dobrze angielski, po rosyjsku niewiele mówi, nie zdążył się nauczyć, nie chciał. Giorgi zna rosyjski płynnie, jako drugi, dawno wyuczony język, a po angielsku łapie, co nieco, chce złapać więcej. Wtedy na śniegu Temu rozłożył mapę i dał wykład z geografii Zakaukazia. Pokazywał palcem, gdzie góry wysokie a gdzie góry niskie. Po kolei nazywał gruzińskie krainy, wymieniał co większe miasta i każde miejsce, do którego warto jechać. Nie wspominał o Abchazji, ani o Osetii Południowej. Nie dopytywałem. Sam doczytywałem na bieżąco, z różnych źródeł.

Miałem ze sobą “Dobre miejsce do umierania” Wojciecha Jagielskiego, zapis jego reporterskiej roboty na Zakaukaziu podczas tamtejszych wojen z początku lat dziewięćdziesiątych. Raz spotkaliśmy się na Okęciu, przy półce z książkami. On leciał do Nowego Jorku, ja do Gdańska. Poprosiłem o autograf. Nie miałem przy sobie jego książki, miałem Kroniki abisyńskie Mosesa Isegawy, o Ugandzie, o której zresztą Wojciech Jagielski też już swoje napisał. Zamieniliśmy kilka zdań o Gruzji. Spytał mnie, czy “Hotel Tbilisi”, gdzie niegdyś pomieszkiwał, obserwując jako korespondent uliczną wojnę w mieście, jeszcze stoi. Nie zniknął, choć nieco inaczej się nazywa, włączony do międzynarodowej sieci. Bibliografię dotyczącą rejonu powiększyłem również o “Planetę Kaukaz”, “Toast za przodków”, oraz “Abchazję”, czyli tryptyk kaukaski, napisany przez innego speca w temacie  Wojciecha Góreckiego. Znakomicie to reportaże, literacka uczta.

DSC_0169

Usłyszałem więcej konkretów o gruzińskim winie; że to na wschodzie kraju jest ciężkie i mocne, i huczy w głowie od razu. A to zachodnie można pić i pić, i nic. Wino w Gruzji, tłumaczył Temo, ukształtowało językowe dialekty. Na zachodzie, w dawnej Kolchidzie mówią szybko, na wschodzie zaś, w dawnej Iberii… ledwo mówią. Radził mi Temo, bym pamiętał, że chcąc poznać gruzińską mowę, powinienem uczyć się jej na wschodzie kraju. Przy okazji wspomniał o ichnim alfabecie, o tych trzydziestu paru makaronowych zawijasach, które mają w sobie jakiś urok. O wino dbał Giorgi. Za pierwszym razem dostarczył mi je do hotelu na wspomnianej ulicy Chachruchadze – na dowód przyjaźni. Giorgi jest samowystarczalnym winiarzem. O produkcji wina domowego potrafi rozprawiać z detalami. W tym kraju nie sposób się na winie nie znać.

DSC_0195

W samym Tbilisi łatwo trafić na prywatne mini-winnice. Wystarczy powłóczyć się po starówce i pozaglądać w podwórka. Tyle że zimą, jak wszędzie o tej porze roku, łodygi winorośli zamierają. Tworzą monstrualną rozwichrzoną plecionkę, w której, jako wici przeplatają się uśpione rachityczne kończyny. Uczepione balkonów, płotów czy chropowatych ścian domów tkwią w cyklicznej hibernacji. Pewnie we wczesnym średniowieczu uznano by je za dekoracyjny majstersztyk. Aż trudno pojąć, że to co daje tyle dionizyjskiej radości – zimową porą raczej przygnębia swą pasożytniczą aparycją. Bo przecież za kilka tygodni w te szare, poskręcane rózgi znowu wstąpi życie, zazielenią się, zakwitną i wreszcie ucieszą widokiem dojrzałych gronowych kiści, ciężkich i nabrzmiałych, gotowych do przemiany w to, do czego zostały stworzone. Temo sugerował, abym więcej poczytał o winie, dlatego podarował mi Georgian Wine Guide. Trzeba czytać, dla mądrości. Od tego głowa nie boli. Od wina gruzińskiego też nie. Tylko trzeba pić po gruzińsku.

DSC_0218

Książki wspominane w tekście, czyli biblioteczka uzupełniająca:

  • “Kirgiz schodzi z konia”, Ryszard Kapuściński, Warszawa 2008,

  • Dobre miejsce do umierania, Wojciech Jagielski, Warszawa 2005,

  • Planeta Kaukaz, Wojciech Górecki, Wołowiec 2010,

  • Toast za przodków, Wojciech Górecki, Wołowiec 2010,

  • Abchazja, Wojciech Górecki, Wołowiec 2013,

  • “Adibas”, Zaza Burczuladze, Warszawa 2011.

Tbilisi na dwa fronty Biuro podróży Goforworld by Kuźniar

Marcin Wesoły

Podróżnik, organizator wypraw, wierny fan chaosu latynoskiej ulicy. Ze słabością do Santo Domingo i prozy Gabriela Garcíi Márqueza. W Dominikanie bywa regularnie. Działał tam, m.in. jako (foto)reporter. Odwiedził także Haiti, Kubę, Trynidad i Tobago, Gwadelupę, Dominikę, Kolumbię, Panamę… Przez 10 lat prowadził bloga „Karaiby i inne rewiry” (obecnie Caribeya). Autor przewodnika: „Dominikana” (Wydawnictwo Pascal, „Złota Seria”; I wyd. Październik 2014, II wyd. Październik 2018). W lipcu 2017 roku na wystawie fotograficznej „Everyday Dominican Republic – Miradas Cotidianas” w Santo Domingo pokazano 2 jego fotografie, zrobione w Dominikanie.