Sydney - inspirujące inaczej Biuro podróży Goforworld by Kuźniar

Sydney – inspirujące inaczej

Poprzedni dzień i poranna awaria samochodu dały mi mocno w kość, a moja świeżość po kilku dniach w aucie pozostawiała wiele do życzenia. Byłem prawie pewien, że wszyscy dookoła wiedzą, że nie mieszkałem w hotelu. Czułem się odrobinę nieswojo, choć nikt wprost nie zaproponował mi skorzystania z toalety. Lot z Melbourne trwał nieco ponad godzinę. Udało się nawet przemycić lekką nadwagę mojego bagażu. Byłem bardzo ciekawy tego miasta, a odwieczna walka zwolenników wyższości Melbourne nad Sydney tylko podgrzewała atmosferę.

Na lotnisku powitała mnie znajoma twarz kuzyna. Pojechaliśmy w stronę Glenwood, przedmieść Sydney oddalonych od centrum o niespełna 40 kilometrów. Tego dnia miałem już tylko ochotę na prysznic, piwo i wieczorne pogaduchy. Miasto musiało poczekać, nie na długo, ale jednak.

16_01

Rano zobaczyłem obraz zupełnie odmienny od moich oczekiwań. Miasto nie przytłaczało, sprawiało wrażenie wręcz małego. Niewielkie centrum z kilkunastoma większymi budynkami i przepiękny port Darling Harbor. Oczekiwałem ogromnych drapaczy chmur i miliona biegnących do pracy biznesmenów. Tych drugim oczywiście widać na każdym rogu. Uliczki skupione wokół Hyde Park są do siebie bardzo podobne. Bez mapy można zgubić się w kilka minut, co i mnie nie ominęło.

Małe restauracje, kawiarenki i świetne puby robią doskonałą przeciwwagę dla stalowo-szklanych korporacyjnych wieżowców. Na ulicy widać dużą ilość Azjatów, ale do tego przyzwyczaiłem się już wcześniej. Jest czysto i znacznie cieplej niż na południu. Człowiek czuje się tutaj jak u siebie przy kominku. Nawet budynek opery nie jest tak istotny i ciekawy. Z bliska wydaje się raczej znajomy. Znacznie ciekawszy jest port lub ogród botaniczny z milionem różnych zwierzaków. Nie ma tutaj tylu biegających. Główną dyscypliną jest spacer. Fantastyczne parki i place zabaw tuż nad wodą przyciągają stada dzieciaków, które mają, gdzie dać upust energii.

16_02 16_03

Mam już plan na kilka następnych dni. Chcę pojechać zobaczyć Blue Mountains. Góry swoją nazwę zawdzięczają delikatnemu kolorowi, który widać z dużej odległości, a który spowodowany jest uwalniającymi się olejkami z drzew eukaliptusa. Jest gdzie chodzić, a spora liczba mniejszych lub większych wodospadów sprawia, że podróż staje się bardziej przyjemną.

Dla mnie bardziej ekscytująca i mniej męcząca była jednak wizyta w winiarniach odległych około dwóch godzin jazdy od Sydney, na które rezerwujemy kolejny cały dzień. Małe, świetnie utrzymane winnice w Hunter Valley to tutejszy skarb. Do każdej praktycznie można wejść, co oznacza degustację i doskonały humor. Tutejsze Moscato to magia. Ta delikatność i lekki posmak owocowy. Shiraz i Semillon są doskonałe, ale nie tak jak Moscato, które na upał panujący na zewnątrz jest wręcz zbawienne ? szczególnie do przygotowywanego na grillu mięsa kangura.

16_07 16_08 16_06

Następnego ranka musiałem szybko zameldować się w centrum. Jeszcze przed południem miałem mieć dwa spotkania ? w różnych częściach miasta. Punktem kulminacyjnym dnia miał być rejs jachtem. Plan przygotowany, baterie w aparacie naładowane. Podróż autobusem, przejście mostem zawieszonym tuż obok słynnej opery. Mam jeszcze dwie godziny do zameldowania się w porcie. Spacer nabrzeżem i wzięcie promu nie powinno zająć mi więcej niż 30 minut, a sama podróż około 45. Idealnie! Będę przed czasem. Wejście starszej pani na pokład jednak całkowicie pokrzyżowało mi ten plan. Z niewiadomych przyczyn, staruszka ?zaparkowała? swój wózek inwalidzki tak że nie znajdowała się ani na nabrzeżu ani na promie. Prom kołysał, brzeg się raz oddalał, raz przybliżał, a starsza pani krzyczała. Wszyscy pomagali, ale efektu nie było. Zacząłem przebierać nogami ? czas uciekał.

16_14

Nie przeczę, przez chwilę miałem nawet pomysł na pozbycie się staruszki, co ułatwiłoby mi pozostanie na kilka lat w Australii. Na szczęście udało się wyciągnąć powykrzywiane kółko. Zrobiło się naprawdę późno, a ja miałem jeszcze kawał drogi do przepłynięcia. Na domiar złego, prom jakby działał w zmowie ze staruszką, bo zatrzymywał się w każdej napotkanej zatoczce. Czas uciekał i rozpoczęły się nerwowe telefony. Wiedziałem, że miałem być na czas ? no przecież miałem taki misterny plan. Ostatnie 100 metrów ? przebiegłem. Byłem w łódce dziesięć sekund przed czasem. Warto było zdążyć.

Wróciliśmy do domu. Następnego dnia czekał nas surfing. Świetnie, kolejna nowość! Kłopot w tym, że moje występy nie zawsze kończą się dobrze. Do miejsca docelowego była niecała godzina jazdy samochodem. Jeszcze wypożyczenie gustownego ubranka, które miało mnie zachować na zawsze suchego i już mogłem spokojnie utopić się w oceanie. Przyjąłem kilka uwag od kuzyna i pozostało zdobywać falę. Zapamiętałem, że jak spadać z deski to tylko do tyłu i chronić głowę, ustawiać się do fali przodem? Po chwili starałem się wejść do wody. Człowiek tak się zmęczy, że gdzie tu przyjemność? Fale były tak mocne, że każdy krok do przodu równał się dwóm krokom w tył. Jeszcze jakaś linka, do której była przypięta moja noga cały czas pętała moje ruchy. Wcale nie odeszliśmy od brzegu zbyt daleko kiedy usłyszałem ? ?Płyniemy?. Zgodnie z instrukcjami odwróciłem deskę w stronę brzegu i czekałem na falę. Kiedy fala przyszła – gnałem jak Ferrari. To się nazywa moc i mega przyjemność.

Pragnąłem jeszcze i jeszcze. Niestety, mój instruktor nie ochronił głowy ? deska uderzyła go w głowę. Stał teraz po pas w wodzie, a z głowy sączyła się krew. Po chwili siedział już na brzegu z bandażem na głowie. Oczekiwałem pomocy w stylu ?Słonecznego Patrolu?, a doczekałem się ekipy dziesięciu podstarzałych ratowników. Byłem zawiedziony. Jeszcze kilka razy walczyłem z falami, które ciskały mną w zupełnie nieprzewidywalnych kierunkach.

16_15

Sydney faktycznie jest inne od Melbourne, choć ta inność jest intrygująca. Spacer nabrzeżami The Rocks czy wizyta w Kirribilli sprawiły, że polubiłem tę inność, nie wiem czy nawet nie bardziej?

Sydney - inspirujące inaczej Biuro podróży Goforworld by Kuźniar