Sprajem po ścianie Biuro podróży Goforworld by Kuźniar

Sprajem po ścianie

O Hosier Lane czytałem znacznie wcześniej niż przyjechałem do Melbourne. Ulica choć krótka, zdobyła sławę na całym świecie fantastycznymi rysunkami, które w niczym nie przypominają bazgrołów czy napisów (?Tu byłem?, ?Kocham Jolkę? czy ?Legia Pany!?). To kultowe miejsce dla wszystkich grafficiarzy. Nie każdy ma możliwość pozostawienia na murze swojego śladu. To przywilej zarezerwowany tylko dla najlepszych. Amatorom wstęp wzbroniony. To niepisana zasada, której do dzisiaj udaje się przestrzegać. Odpowiedni poziom rysunków, powoduje, że ulica nadal przyciąga dziennie tysiące turystów. Właściwie mam problem, czy to, co tworzy się na murach, powinno nazywać się rysunkiem czy malunkiem, a może grafiką lub ? po prostu ? graffiti?

Dzień wcześniej wybrałem się na mały rekonesans. Nie miałem pomysłu na to, w jaki sposób dotrzeć do tych, którzy malują, jak dowiedzieć się o życiu w tym miejscu i panujących tu zasadach. Marzyłem o tym, aby spotkać kogoś, kto akurat będzie w trakcie malowania. Zrobię jedno, dwa zdjęcia i szczęścia nie będzie końca.

13_03

Po obu stronach ulicy widać masę rysunków. Jedne bardziej ciekawe, inne mniej, ale byłem pod ogromnym wrażeniem jakości i precyzji, z jaką niektórzy potrafią władać sprayem. Między ścianami przeciskali się Azjaci, którzy w jakimś obłędnym szale fotografowali praktycznie wszystko ? od najmniejszego podpisu czy zygzaka, a skończywszy na tabliczkach znamionowych hydrantów z jakimiś naklejkami, które poustawiane były wzdłuż zabudowań. Kompletnie nie wiem po co wszystko tak skrupulatnie rejestrują? Dla potomnych? Aby mieć w domu? A może stworzyć u siebie lepszą, większą i bardziej kolorową kopię ulicy? Zostawmy to.

Wszystko wymalowane było od ziemi po czubki domów. Wena artystyczna niektórych była tak duża, że nie ominęli w szale malowania również drzwi, bram czy śmietników. Garaże, rynny, hydranty – wszystko miało swój rysunek. Kiedy zastanawiałem się, w jaki sposób komuś udało się zrobić graffiti na wysokości czterech metrów nad ziemią, z niewiedzy wyprowadził mnie młody człowiek, który przyszedł z dwoma barwnymi dziewczynami i niczym małpa wspiął się po rynnie, zawisnął na jednym ręku, a drugą dokończył coś, co zapewne zaczął wcześniej. Potem w ciągu kilku sekund w jakiś nadludzki sposób zjechał po ścianie, zabrał plecak ze sprejami z ziemi i zniknął za rogiem.

13_01 13_02

Trevora i Chrisa znalazłem tuż obok Hosier Lane kolejnego dnia, w jednym z małych zakamarków odchodzących od głównej ulicy. Jeden zaczął malować, drugi wyglądał na menadżera. Siedział i kiwał głową. Nic więcej. Nie mogłem przegapić takiej szansy i od razu przystąpiłem do działania. Rozmowa z nimi nie jest najłatwiejsza. To zamknięta grupa, która nie bardzo dopuszcza do siebie obcych, nie mówiąc już o przyjezdnych z innego kontynentu. Magiczne ?Hi? zawsze działa i jest idealne na początek. Później też nie było najgorzej, udało mi się wzbudzić ich ciekawość. Zadawałem pytania, a oni zaczęli mówić. Kiedy się rozkręcili, potok słów z informacjami był tak duży, że zdałem sobie sprawę, że błędem było nie zabranie ze sobą dyktafonu. Obaj przyjechali z Perth, aby otworzyć swoją wystawę w jednej z najlepszych galerii w mieście. O tak. Tego dnia, obaj chcieli namalować coś, co wcześniej zaprojektowali, a do tej pory nie udało im się znaleźć odpowiednio dużej ściany. Kilka elementów, które przydadzą im się w kampanii reklamowej studia. Nic wielkiego, jednobarwne rysunki.

13_04 13_05

Nie wyglądali na takich, którym się powodzi i sztuka malowania na cegle wystarcza im na przeżycie, ale radość, jaka tryskała od nich była ogromna. Chris, swoją pracę na bramie garażowej, którą wcześniej pomalował białą farbą, tworzył około dwóch godzin. Kiedy mieliśmy nadzieję, że dokończył rysunek, on wyciągał ponownie sprej i dodawał kolejny element. Jeszcze jedna kreska, kropka, linia… Trevor dla odmiany odtwarzał logo studia, miałem wrażenie, że to nie był jego dzień ? kręcił się, podchodził i odchodził. Był myślami już przy jutrzejszej wystawie. A to słońce nie to, a to turysta przeszkadza, a to ojciec dzwoni. Same problemy.

13_06 13_07

Widocznie ten brak weny spowodował, że poszukał jej u mnie. ?Chodź namalujesz kilka kresek? – rzucił w moją stronę. ?Chodź, malowałeś kiedyś??. Chciałem powiedzieć, że jasne, że tak… ?A skąd? ? odparłem i w ciągu sekundy już miałem przygotowany przez Trevora sprej. Mazałem, mazałem. Robiłem wszystko, co mi kazali. Wena twórcza Trevorowi wróciła, bo wkrótce po moim dziele nie było śladu.

W końcu skończyli. Po kilku godzinach pracy, na chodniku walały się puszki ze sprejem po siedem dolarów za sztukę. Wokół turyści, a ja ? wśród autorów. Byłem dumny. Gdzieś tam, w otchłani kresek były też moje. Kiedy odwróciłem się, żeby spakować statyw i aparat do torby, na ścianie i garażu pojawiły się napisy ?Yo Darek?. Płakać nie wypadało. ?Chłopaki, no co wy? Nie trzeba było? ? powiedziałem dyplomatycznie. Znacząco kiwnęli głowami, a ja i tak wiedziałem, że beze mnie by sobie nie poradzili.

13_10 13_11 13_12 13_13

Sprajem po ścianie Biuro podróży Goforworld by Kuźniar