Rumunia bez strachu Biuro podróży Goforworld by Kuźniar

Rumunia bez strachu

Rodzinne wakacje z trójką dzieci to prawdziwa jazda bez trzymanki; planując je trzeba wziąć pod uwagę czasem sprzeczne upodobania i chęci wszystkich pięciorga członków rodziny. Wakacje w Rumunii były próbą pogodzenia tych sprzeczności ? tu znaleźliśmy góry, morze, niezwykłą przyrodę, zabytkowe świątynie i średniowieczne zamki, a przede wszystkim ? gościnnych i sympatycznych mieszkańców.

Nasz wybór padł na północno-wschodnią część kraju: Maramuresz, Mołdawię i Dobrudżę, z szybkim powrotem przez Transylwanię, którą dokładniej zwiedziliśmy podczas wcześniejszej wyprawy. Ponieważ nie lubimy ściśle określonych planów i rezerwacji, pakujemy do samochodu duży namiot, który na czas wyjazdu będzie naszym przenośnym domem. W Rumunii wolno biwakować ?na dziko?, jest też sporo kempingów ? od całkiem wygodnych i zadbanych, po dość siermiężne.

 

Pierwsze kroki w chmurach

Rumunia wita nas ciemnymi chmurami. Ten rok w całych Karpatach okazał się wyjątkowo deszczowy, co trochę pokrzyżowało nam plany. Na początek odwiedzamy Wesoły Cmentarz we wsi Săpân?a. Tutejsze nagrobki są naprawdę jedyne w swoim rodzaju. Ich jaskrawe kolory aż kłują w oczy, a na tablicach przedstawieni są zwykli ludzie przy pracy: sprzedawca, pasterz, rolnik na traktorze, żołnierz, milicjant, prządka, tkaczka, krzątająca się w kuchni gospodyni… W pobliżu, choć właściwie już za wsią, w lesie, odwiedzamy jeszcze nową cerkiew, wzniesioną tradycyjną metodą z drewna i budujący się obok niej klasztor. Świątynia jest w tej chwili najwyższą drewnianą budowlą w Rumunii, jej wieża ma 78m wysokości. Jest wzorowana na starszych cerkwiach, również budowanych z drewna (często techniką zrębową, bez użycia gwoździ), zwieńczonych strzelistymi wieżami. Najstarsze z nich mają już po 200-300 lat, a osiem wpisano na listę światowego dziedzictwa kultury UNESCO. Z zewnątrz są dość skromne, ale wnętrza kryją ścienne malowidła, przedstawiające Chrystusa, proroków i apostołów. Malowani prostą kreską, jak z dziecięcego obrazka aniołowie i święci czekają cierpliwie na łaskę remontu…

Maramuresz jest regionem górzystym, często odwiedzanym przez miłośników wędrówek. Niestety, nasze piękne plany pokrzyżowała deszczowa pogoda; po krótkim tylko spacerze w okolicach przełęczy Prislop jedziemy na wschód, w kierunku Bukowiny.

nowy_soloniec_zespol

 

Niechaj zabrzmi Bukowina

Rumuńska Bukowina ? to dwa oczywiste cele: polskie wioski w okolicach Suczawy i malowane cerkwie. Region jest wyjątkowo malowniczy, sielskie krajobrazy, wzgórza, łąki, lasy, pola, stogi siana, co jakiś czas wioska, drewniane domki, kolorowe wieżyczki cerkiewne, bajka. I malowane na wszystkie kolory tęczy świątynie, przeważnie otoczone grubymi, wysokimi murami obronnymi (pamiątka po dawnych niespokojnych czasach). Za najpiękniejszą z nich uważana jest świątynia we wsi Vorone?, której ściany wydają się bardziej błękitne niż samo niebo. Na nas największe chyba wrażenie wywarły te mniej popularne, np. pięknie odnowiona cerkiew w Pătrău?i  z przesympatycznym księdzem-przewodnikiem, który powitał nas po polsku, czy remontowana właśnie maleńka cerkiewka w Arbore. Bukowińskie cerkwie nie są muzeami, tylko żywymi miejscami kultu: w klasztorach mieszkają mnisi i mniszki, a przed ikonami pochylają się w pokłonach wierni.

Naszą bazą wypadową na parę dni został Nowy Sołoniec. Wieś na końcu równej, betonowej drogi, zamieszkana przez przesympatycznych, gościnnych ludzi ? bukowińskich Polaków. Osiedlili się tu już 180 lat temu ? wiemy o tym, bo właśnie w czasie naszego pobytu odbyła się uroczystość upamiętniająca rocznicę założenia wsi. Natomiast 90 lat temu powstała miejscowa parafia (kolejny powód do świętowania). Część rodzin reemigrowała po wojnie do Polski, część została na miejscu. Z okazji uroczystości obchodowych spotkały się obie te części: do Nowego Sołońca wróciły na chwilę dzieci tych, którzy podjęli decyzję o wyjeździe. Święto było rzeczywiście piękne, momentami zabawne, momentami wzruszające ? zwłaszcza gdy śpiewały miejscowe dzieci (piękną polszczyzną!)

 

 

 

W drodze na południe

Wschodnia część Rumunii to region, przez który większość turystów przejeżdża szybko w drodze nad morze albo do Transylwanii. Tymczasem zatrzymując się po drodze można trafić na naprawdę niezwykłe miejsca. Na przykład wąwóz Bicaz, jeden z najgłębszych w kraju, o skalnych ścianach wznoszących się na 300-400 m w górę. Albo rezerwat Focul Viu, płonące wyziewy gazu ziemnego na zachód od miasta Foc?ani. Są też wulkany błotne: stożki lub kałuże, w których bulgocze ciemna, gęsta masa błota, unoszona ku górze przez gaz ziemny. Dookoła księżycowy krajobraz, spękana naga skorupa, momentami uginająca się, a nawet zapadająca pod stopami nieostrożnego wędrowca.

Docieramy wreszcie do jednego z największych cudów Rumunii: Delty Dunaju. To druga pod względem wielkości delta w Europie, rezerwat biosfery i jeden ze skarbów na liście UNESCO. Po stronie rumuńskiej ma powierzchnię prawie 3,5 tysiąca km2; mogłyby się tu zmieścić dwie Puszcze Białowieskie. Dunaj rozdziela się na trzy główne ramiona i mnóstwo odnóg, kanałów, rozlewisk. Na terenie delty występuje 160 gatunków ryb i ponad 300 gatunków ptaków, głównie wodnych i brodzących. Łatwiej poruszać się łodzią, niż samochodem ? dróg tu niewiele, a większość nadaje się raczej dla konnego wozu, osiołka albo auta z napędem 4×4. Żeby móc przyjrzeć się z bliska miejscowej przyrodzie, wynajmujemy łódkę i wyruszamy na poranną wycieczkę, oglądając czaple, mewy, kormorany, ibisy o opalizujących piórach i całe stada pelikanów. Trafiamy też na wybrzeże przy samej granicy parku narodowego, gdzie znajdują się chyba ostatnie dzikie i spokojne plaże w Rumunii.

Transylwański wehikuł czasu

Czeka nas jeszcze powrót przez słynną Transylwanię, krainę Drakuli, zamków i kościołów warownych. Tu chwilami mamy wrażenie, że otwiera się nam okno w czasie, okno przez które można zajrzeć gdzieś do średniowiecza.

Takim ?oknem? jest na przykład kościół warowny w Prejmerze: najbardziej imponujący i największy chyba z tego typu budowli w Transylwanii. Docieramy tam w deszczowe i szare przedpołudnie, a przed nami gotycki kościół i otoczony murami obronnymi grubymi na 4,5 metra. I do tych murów przylepione są, jedna nad drugą, komórki – cele mieszkalne. Jest ich około trzystu, dla każdej rodziny w okolicy. Chroniono się tylko w czasie wojen. I można się było bronić długo, bo były zapasy jedzenia, świeża woda ze studni i broń. Tak więc w czasach niespokojnych kościół zamieniał się w małą forteczkę, bronioną przez zdeterminowaną załogę (w końcu za ich plecami były ich rodziny i ocalony dobytek).

Inne takie okno w czasie otwiera się w Sighi?oarze, uważanej za najpiękniejsze miasto Transylwanii. Była ona dawniej jednym z siedmiu grodów Siedmiogrodu, zamożnym i potężnym miastem, zamieszkanym głównie przez saskich osadników. Najprawdopodobniej właśnie w Sighi?oarze przyszedł na świat Wład Palownik zwany Drakulą, pierwowzór słynnego na cały świat wampira. Można zwiedzić dom, w którym nastąpiło to doniosłe wydarzenie ? mieści się w nim muzeum regionalne. Można też godzinami wałęsać się po brukowanych uliczkach, chłonąc atmosferę miejsca. Koniecznie trzeba wspiąć się na wieżę zegarową, z której roztacza się świetny widok na miasto i zajrzeć do szkoły na szczycie wzgórza, na które prowadzą kryte schody o 176 stopniach. Co roku w lipcu w Sighi?oarze odbywa się festiwal średniowieczny: trzy dni pokazów walk, inscenizacji scen z legend, tańców, muzyki i świetnej zabawy wprost na ulicach i placach miasta. To największa tego typu impreza w Rumunii, którą można polecić zwłaszcza podróżującym rodzinom ? barwne stroje, tańce, pojedynki i inscenizacje zrobią wrażenie na wszystkich dzieciach.

Trzy tygodnie w Rumunii to o wiele za mało, żeby ją poznać ? to tylko krótkie spotkanie zapoznawcze.

Już w drodze powrotnej do Polski snujemy plany kolejnej podróży po drogach i bezdrożach tego niezwykłego kraju.

 

Autor: Malwina Flaczyńska