Podróż to bliskość Biuro podróży Goforworld by Kuźniar

Podróż to bliskość

W amerykańskich filmach spanie na kanapie następuje zawsze po kłótni z żoną. W życiu podróżnika spanie na kanapie, do tego w obcym domu i obcym państwie to zupełnie inna historia. No więc po co się pchać do obcych ludzi i narażać obie strony na stres związany ze zderzeniem z nową kulturą i obyczajami?

Nasze pierwsze doświadczenie z Couchsurfingiem miało miejsce u nas w domu, w Krakowie. Dwumetrowy, szczupły Ukrainiec z Izraela (sic!) musiał się lekko ukłonić przechodząc przez nasze drzwi. Przygotowaliśmy łóżko, miejsce na bagaże, dostęp do prądu i internetu. Był nieco zmęczony po podróży i nie miał ochoty na imprezę na mieście z nami, więc raz jeszcze upewniłem się, że sobie poradzi, zostawiłem klucze i poszliśmy. Gdzieś z tyłu głowy pozostała lekka nieufność i obawa, czy aby mieszkanie, do którego wrócimy, nie będzie splądrowane.
Nasz Gość miał się u nas tak dobrze, że nic nie wskazywało na to, że nas opuści w terminie w jakim się umawialiśmy za pośrednictwem Couchsurfingu. Pomimo nowej i nieco krępujące sytuacji staraliśmy się być gościnni i pomocni. Zastanawiałem się jak my za kilka tygodni sprawdzimy się w roli gości odwiedzając naszego pierwszego gospodarza w naszej karierze podróżników.

“Mój tato mnie nie kocha. Szkoda, że nie jestem jego synem”

Wietnam. Wietnam był pierwszy. Był jak azjatycki policzek w twarz, który budzi z europejskiego omdlenia. Sajgon natomiast jest jak prawy prosty, który zwala z nóg. Zanim dotarliśmy do domu Quini zdążyliśmy się zgubić kilka razy z taksówkarzem, który nie mówił w żadnym z języków, które znamy. Wreszcie po kilku telefonach zagubionego taksówkarza do Quini udało się nam dotrzeć na miejsce. Mieszkała w jednym z bogatszych domów w okolicy. Powitała nas miło i zaprowadziła do pokoju, który mieliśmy u niej zajmować przez kolejne trzy dni. Po tradycyjnej zupie Pho Bo przedstawiła nam zarys planu. Dziewczyna była bardzo dobrze przygotowana, wiedziała dobrze czego mogą chcieć doświadczyć ludzie w pierwszych godzinach swojej wizyty w Sajgonie. Nie znaczy to jednak, że nasze dni były już z góry zaplanowane. Nasza nowa przyjaciółka pozostawiła nam miejsce na własne pomysły, które realizowaliśmy wspólnie. Wieczorem grupa jej przyjaciół z uniwersytetu przyjechała skuterami pod dom. Założyliśmy kaski i pomknęliśmy zakurzonymi ulicami w miasto. Szybko się zaprzyjaźniliśmy. Opowiadając o życiu, studiach i rodzinie zaskoczyła nas wyznaniem. ”Mój tato mnie nie kocha, szkoda, że nie jestem jego synem” mówiła jakby pogodzona z losem roli córki. Córki, która jest ciężarem dla rodziny więc rodzina musi się jej pozbyć wydając ją szybko za mąż. Jeśli to się nie uda dziewczyna jest odsuwana na dalszy plan w życiu rodziny i lokalnej społeczności. Bo w Wietnamie, to się liczy kto nosi spodnie. Kto ich nie nosi, nosi wiadra z wodą, zmywa, rodzi i sprząta.

Jej rodzice byli dla nas niezwykle uprzejmi i zanosili się śmiechem przy stole, gdy bez słów, a za pomocą gestów, opisywaliśmy dla nich smak owoców i potraw, których próbowaliśmy po raz pierwszy w życiu. Było słodko, słono, ostro, kwaśnie i cierpko ale przede wszystkim wesoło. Zaprzyjaźniliśmy się z całą rodziną Quini. Gdy poznali nasze podróżnicze plany zadzwonili do swoich znajomych z Da Nang aranżując nasze spotkanie z nimi. Chyba dostaliśmy dobre rekomendacje, bo ich znajomi także zaprosili nas pod swój dach na kilka dni. Była to kolejna okazja do obcowania z prawdziwymi ludźmi i ich kulturą. Te uprzejmość znacznie podreperowały nasz budżet noclegowy i dały nam niejedną lekcję, o której nie przeczytamy w przewodnikach. Odprowadzając nas nas na pociąg ofiarowali nam torby owoców, które nam tak bardzo smakowały i dużo serdeczności, które także odwzajemniliśmy. W zamian w ich domu zostawiliśmy pocztówki przedstawiające stary Kraków i Polskę, miejsca nie mniej egzotyczne dla nich, niż Sajgon dla nas. Na odwrocie pamiątkowy wpis i podziękowania.

Szkoła w Da Nang: Wy jeść, wy spać, teraz rower, teraz miasto.

Poleceni przez poprzednią rodzinę trafiliśmy do Da Nang i małżeństwa prowadzącego prywatną szkołę dla dzieci. Zajęliśmy pokój, do którego zaglądały ciekawskie dzieciaki z klasy obok, bardziej skore do zabawy, niż do odrabiania lekcji. Pomimo tak wielu różnic radość bycia dzieckiem jest zawsze taka sama – zaczęliśmy się ganiać po pokojach, wygłupiać i żartować. Oto klucz do zaufania twoich gospodarzy. Jeśli masz dobry kontakt z najmłodszymi będziesz traktowany z szacunkiem i jak członek rodziny. Kontakt… no właśnie. Tylko google translator i to tylko wtedy, gdy nasz mały komputer łapał połączenie z siecią. Stąd zabawne sytuacje i mini konwersacje w stylu: wy jeść, wy spać, teraz rower, teraz miasto. Znów mieliśmy powód do śmiechu. Domowa kuchnia naszej gospodyni nie miała sobie równych, z wielkim namaszczeniem zasiadaliśmy na podłogowej macie, by dzielić się spostrzeżeniami o nowych dla nas smakach. Znów bez języka, tylko gestami. Dwa dni później pożegnali nas miło pomagając w dostaniu się na dworzec kolejowy.

Zawodowa couchsurferka z Filipin

Im bardziej oddalaliśmy się z lotniska w kierunku adresu podanego przez dziewczynę poznaną jedynie w internecie, tym bardzie zagłębialiśmy się w dzielnice Manili przypominające slumsy. Taksówkarz skasował należność, trzasnął drzwiami i odjechał pozostawiając nas pod metalową bramą. Zadziwiająco dużo ludzi na ulicy, jak na 6 rano. Wszyscy patrzą na nas. Nacisnąłem dzwonek kilka razy, potem zakołatałem do bramy. Otworzyła nam Nora, matka Angeli, naszej gospodyni. Nie musieliśmy zbytnio się tłumaczyć. Uściskała nas serdecznie jak babcia, wiedziała o naszym przyjeździe i zaprowadziła do naszych pokoi. Poznaliśmy Angelę, która w tym samym czasie gościła kilkoro innych ludzi ze świata. Dopiero później zrozumiałem, że jej problemem była samotność. Była w wieku, gdy jej wszystkie koleżanki miały już mężów, a ona jeszcze nawet nie miała adoratora. Być może dlatego lubiła się otaczać ludźmi. Nie lubiła być sama.
Pamiętam parę Włochów, którzy z ogromnym niesmakiem opuścili jej dom przenosząc się do jakiegoś koleżki poznanego dzień wcześniej przy piwie. Angela nie mogła tego zrozumieć, bo przecież oferowała im wszystko, co miała. My też nie mogliśmy zrozumieć dlaczego niektórzy ludzie bezczelnie oczekują luksusów i wszelkich przywilejów od innych ofiarujących im kawałek swojego domu i serce zupełnie za darmo. ”Pierdolone wampiry. Chyba zimna woda pod prysznicem była dla nich zbyt zimna” – żartowaliśmy, by ją pocieszyć. Tego wieczora wypadała akurat wigilia Bożego Narodzenia. W duchu cieszyliśmy się, że spędzimy ją na Filipinach – najbardziej chrześcijańskim kraju Azji. Jak się okazało rodzina Angeli była zupełnie niewierząca i nie obchodziła żadnych świąt. Jednak Angela i jej mama znów pokazały swoją gościnność. Wiedząc, że w naszej kulturze to ważne wydarzenie kobiety przygotowały szereg dań kuchni filipińskiej. Na kolacji pojawili się także inni podróżnicy – Tom se Szwecji, Noona z Iranu, Tina z Filipin i Michael z Francji. Wraz z wypitą ilością sławnego rumu różnice językowe zaczęły się zacierać. Wszyscy przy tym stole przez chwilę staliśmy się jednym narodem, narodem bez konkretnej religii i języka. Bez uprzedzeń i pełni szacunku do współbiesiadników – wspaniały pożegnalny wieczór zanim ruszyliśmy dalej. Kilka tygodni temu Angela ogłosiła światu wspaniałą wiadomość na Facebooku. Michael, sympatyczny Niemiec poznany podczas jednej z takich wymian poprosił ją o rękę. Powiedziała ‘tak’.

Autorzy: Marcin i Dorotka, Travelnauci