Melbourne: chce się wracać... Biuro podróży Goforworld by Kuźniar

Melbourne: chce się wracać…

Melbourne to miasto, które zawsze chciałem odwiedzić. A jak już miałbym się wyprowadzić to tylko tam. Nie umiem wytłumaczyć tego zachwytu ? wcześniej tam nie byłem. Może odbywający się w mieście mój ulubiony Australian Open, a może to inaugurujące sezon Formuły 1 wyścigi w Albert Park? Nie wiem.

Kiedy wysiadłem z samolotu, jak najprędzej chciałem zobaczyć miasto. Szybki autobus za 30 dolarów w dwie strony, przewiózł mnie z lotniska do hotelu w dwa kwadranse. Miła pani w hotelu zabrała moje ciężko zarobione pieniądze, a potem jeszcze, i jeszcze, bo za internet, bo depozyt? Małym rachuneczkom, wypisanym na równie małych karteczkach, nie było końca. Tak ogołocony z oszczędności mogłem spokojnie zostawić swoje skarby w pokoju hotelowym, wyjść i zwiedzać.

Melbourne. Drugie największe miasto w Australii. Podobno mieszka tu cztery i pół miliona ludzi. Choć jest szósta po południu, centrum aż pęka w szwach. Tłumy idą jak zaprogramowane z góry na dół i vice versa. Tramwaje, które w Polsce dawno trafiłyby do muzeum, jeżdżą w krótkich odstępach czasu, dzwoniąc metalowymi elementami przy każdej napotkanej nierówności. Żółte taksówki, które nie wiedzieć, dlaczego nazwano Black Cab lub Silver Taxi, korkują całe centrum. A jednak w tym szaleństwie jest jakiś sens. Im bliżej wieczora, robi się luźniej i wszyscy siadają w kawiarenkach i pubach.

15_14

Piwo, obok cydru i wina, to chyba najpopularniejszy napój w Australii. Ogromna liczba minibrowarów, które serwują doskonałej jakości napój chmielowy przyprawia o zawrót głowy. Do tego zamawiane przekąski są monstrualnie wielkie. Dokładnie to samo można powiedzieć o cenie piwa. Za pintę, czyli trochę więcej niż pół litra, trzeba wydać od 9,5 do 12 dolarów australijskich. Alkoholu nie ma w sklepach. Musimy udać się do specjalnego Bottle Shop, który zajmuje się wyłącznie jego sprzedażą. Koszt butelki, którą można zanieść do domu, jest taki sam jak piwa wypitego w pubie. Ponieważ lubię i wolę przesiadywanie w miejscu, które ma swój klimat, ta przypadłość Australii bardzo mi odpowiada.

15_02 15_08

Kiedy przyjeżdżam do miasta, nawet tak dużego, staram się zedrzeć buty, aby przejść je jak najdokładniej. Poruszanie się metrem czy autobusem nigdy mi się nie podobało. W końcu nie jestem kurierem. W Melbourne istnieje podobno bezpłatny tramwaj, który co 20 minut pokonuje całe centrum, ale ja świadomie wybieram maraton. Zmęczenie i późna pora zmuszają mnie do powrotu do hotelu, gdzie szybko zasypiam.

Następnego dnia, zaraz po śniadaniu, chciałem pójść na zwiedzanie południowych części miasta. Na co dzień jestem całkiem dobrze zorganizowany, ale tego dnia nie mogłem zaliczyć do udanych. Pierwszy powrót do hotelu nastąpił już po 3 minutach, kiedy tylko zdążyłem wysiąść z windy. Zapomniałem baterii do aparatu, która ładowała się na stole w nocy. Kolejny raz ? bo nie zabrałem pieniędzy. I jeszcze raz po aparat. Sprawdziłem jeszcze raz czy wszystko miałem ze sobą. Chyba tak. Złudne wrażenie.

Około ośmiokilometrowa droga w stronę portu wiedzie przez ślicznie utrzymane okolice z malutkimi domami. Jak pudełeczka poustawiane wzdłuż ulic. Trochę się zgubiłem, bo oczywiście nie wziąłem ze sobą mapy. Byłem już zbyt daleko od hotelu. Przemaszerowałem przez przemysłową dzielnicę, pytając się, co chwilę o drogę. Dotarłem do portu i okazałej promenady tuż nad oceanem. Ludzie leżeli na piasku, inni grali w siatkówkę, jeszcze inni spacerowali, a małe domki zastąpiły okazałe wille z widokiem na ocean. Był normalny dzień, środek tygodnia, a sielanka miejska wręcz denerwująca. Krótki spacer przez Albert Park utwierdził mnie w przekonaniu, jak piękne jest to miasto. Ludzi biegają, jeżdżą na wrotkach i deskorolkach. Jest ich tysiące. Taki widok bardzo mi się podobał!

15_01 15_17

Po kolejnych pięciu kilometrach dotarłem do terenów, które pod koniec stycznia zamieniają się w największe widowisko tenisowe w Australii, Australian Open. Miejsce jest imponujące. To cała wioska, której trzon stanowią trzy olbrzymie stadiony z pojedynczym kortem w środku i mniejszymi po bokach. Przewodnik opowiada, że tenis jednak odgrywa w tym miejscu drugoplanową rolę. Na co dzień odbywają się tu koncerty i mecze popularnego rugby i krykieta. A właśnie buduje się scena dla Katy Perry.

Wzdłuż rzeki, która przedziela Melbourne na pół, rosną drapacze chmur, które, choć nie największe, tworzą interesujący klimat miasta. Nie są skupione w jednym miejscu, ale na większej przestrzeni. Obszar wokół nich zajmują niskie, cztero- i pięciopiętrowe, ładnie utrzymane budynki oraz najwyższy budynek miasta Eureka Tower z tarasem widokowym na 88. piętrze.

15_06 15_15

Ani razu nie znalazłem na ulicy żadnego papierka. Miasto jest obłędnie czyste, ale po Brisbane mogłem się tego spodziewać. Nie ma psich odchodów. W ogóle mało psów, może dlatego że ich mięso można znaleźć w sklepie spożywczym? Leży obok mięsa z kota. Myślałem, że tylko w Chinach robi się takie rzeczy. Okazało się, że obok, nietypowych dla Europejczyka, mięs z kangura czy krokodyla, pieski czy kotki są mielone, a potem układane w lodówce. Jestem lekko przerażony, ale z drugiej strony może warto spróóó? Nie! Przed oczami stanął mi bialutki West Terrier czekający na mnie w domu. Nie, nie. Jednak to zły pomysł.

Sport i tereny zielone są tu chyba najważniejsze. Parków, w których ćwiczą, spacerują czy odpoczywają ludzie, jest mnóstwo. Równie znaczącą rolę odgrywają w mieście przyjezdni. Na ulicy pełno Azjatów, którzy bynajmniej nie wyglądają na zagubionych. Jedynie po oczach można rozpoznać, że to nie tubylcy. Melbourne to centrum kursów językowych w Australii. To jeden ze sposobów, aby móc przyjechać tu legalnie i przez 20 godzin tygodniowo móc pracować jako student. Duża ilość szkół, w cenie około $250-300 tygodniowo, zapewnia możliwość nauki języka w rewelacyjnych warunkach. Korzystają z tej formy pobytu właśnie głównie Azjaci.

15_10 15_11

Będąc w mieście, nie należy zapomnieć o Hosier Lane. Mała uliczka w centrum jest mekką grafficiarzy, którzy zamalowali wszystkie budynki od chodnika po same ich dachy. Fantastyczny widok i zupełnie inny świat. Obok kawiarenki, które przyciągają swoim klimatem. Jest gdzie chodzić i wydawać pieniądze.

Przez ponad trzy dni pobytu w Melbourne, przeszedłem ponad 70 kilometrów. Przypłaciłem ten wyczyn ranami na nogach, ale było warto. Choć miasto nie ma spektakularnych zabytków czy super architektury, ma tę wyjątkową atmosferę, wyjątkowe ?coś?, co sprawia, że ma się ochotę tu wracać i wracać.

Melbourne: chce się wracać... Biuro podróży Goforworld by Kuźniar