Kobieta transsyberyjska Biuro podróży Goforworld by Kuźniar

Kobieta transsyberyjska

Była tak inna od pozostałych. Łagodna, pięknie dojrzała, pogodna choć nie uśmiechnięta. Bardzo serdeczna, nawet kiedy zmieniała szmatę na drewnianej szczotce żeby umyć toaletę. Nie pozwalała się fotografować, ale za każdym razem kiedy mnie mijała, szukałem jej wzroku. W każdym wagonie rządziła kobieta. Konduktor w kolei transsyberyjskiej jest Bogiem, on tu rządzi. Przez 2, 3, 6 dni. To wcale nie jest błahy dystans.

Obserwowałem przed wyprawą, że na dźwięk słowa Syberia częściej słychać w Polsce zachwyt niż strach. „Koniecznie musisz opowiedzieć po powrocie“. W otwartych wagonach transsibu zapach, widoki, ludzie są powtarzalne. Tylko w zamknietych przedziałach wyższej klasy widać niepasujący do Rosji porządek. Nikt z nich nie korzysta poza obsługą pociągu.

„Oficjalnie miejsce takie jak Syberia nie istnieje. Żadna jednostka polityczno-administracyjna czy terytorialna nie nosi nazwy Syberia“ – pisze w „Podróżach po Syberii“ amerykański dziennikarza Ian Frazier. To dokąd my jedziemy?! Kolega, któremu pokazałem nagranie z okien transsibu wyszeptał: to mogłoby się zdarzyć gdziekolwiek w Polsce. Brutalne ale nie dotyka prawdy. Tajga, która do zmęczenia wzroku ciągnie się wzdłuż syberyjskich torów to nie żaden mityczny bór, który trudno pokonać pieszo, ale gigantyczne połacie brzoz, często połamanych, bez młodych gałęzi, bo wilgoć nie pozwala im żyć zdrowo.

Tu w wagonie kupiejnym jest jak w zbiorowej sypialni, której nikt nie otuli intymnością aż do stacji przeznaczenia. Przez tysiące kilometrów czas ma znaczenie umowne. Owszem zmienia się światło, co pozoruje jakiś ziemski ruch, ale generalnie uczucie stania w miejscu bywa doskwierające. Tylko sen jest lekiem na monotonię. Nawet ja śpiąc w warszawskich warunkach po 3-4 godziny na dobę, nie sądziłem, że można mieć aż takie braki. Gdyby nie fizjologia, kolej transsyberyjska przypominałaby przechowalnię ludzkich ciał czekajacych w kolejce na swój czas ograniczony biletem.

Bez wódki, książki albo kumpla na pryczy obok trwasz w letargu. Samotni reporterzy spędzający w kolei transsyberyjskiej długie dni na pisaniu mają łatwiej. Ich zapiski nieco uświęciły to miejsce. Wytworzyli legendę, którą każdy sam, indywidualnie, musi przerobić. Bywa, że masz ochotę wysiąść już po kilkuset kilometrach, wiedząc, że nic cię nie zaskoczy ale warto wytrwać. Powtarzalność krajobrazu, chwilowe postoje na kolejnych syberyjskiuch stacjach, generalna „takasamość“ wynagradzają ludzie.

Moimi ulubionymi bohaterkami podróży były gwiazdy wagonu restauracyjnego: barmama i barcórka. Jedna w tlenionych, pokręconych włosach niczym wycięta z żurnala dla prehistorycznych managerów, była dozorczyną tej knajpy na torach.

Druga młoda, krnąbrna ale marzycielsko nastawiona do życia dziewczyna była prywatnie żoną ochroniarza pociągu. Choć hasło prywatnie jest na mocno wyrost, bo spędzali ze sobą w pracy po 3300 km.

Facet był niski, niepozorny i gdyby nie twarz bandyty nikt nie zwróciłby na niego uwagi. Nasz przewodnik Michał Książek zauważył na jego ręce tatuaż: cztery czarne kropki z piątą w środku – znaczy kryminalista. Nie chciał opowiedzieć za co siedział ale „2/3 obywateli siedzi lub siedziało, w czym kłopot?!“. Był dla nas przemiły. Przychodził pogadać, opowiedzieć o swoich obowiązkach – tego, który ma spacyfikować i zakuć w kajdanki awanturujących się pasażerów transsibu. „Niech schowa ten aparat“ – mówił Michałowi o mnie. „To jest Rassija“.

Kilometry mijały. Każdy zabijał czas na swój sposób. Wspólne było marzenie o zwykłym metalowym koszyczku do szklanki z logo rosyjskich kolei, do wypożyczenia u konduktorki. Na chwilę albo na całą podróż. Symbol tej wyprawy, taka ikona transsibu.

Zastanawialiśmy się czy ona pamięta komu i kiedy tę legendarną szklankę dała. Kiedy zbliżaliśmy się nocą do Novosybirska przyszła na czas, żeby odliczyć i odebrać ten bezcenny przedmiot kultu. Do następnego razu.

 

Autor Jarosław Kuźniar