Jak zostaliśmy `travelnautami` | EPILOG Biuro podróży Goforworld by Kuźniar

Jak zostaliśmy `travelnautami` | EPILOG

Pamiętacie Marcina i Dorotę, naszych bohaterów akcji „Jak rzuciłem pracę i zostałem Obieżyświatem?” Wracają! Właśnie dzisiaj opowiedzą, jak zaczęła się ich fantastyczna podróż dookoła świata. I trzeba przyznać, że… ta opowieść brzmi znajomo. Kto z nas nie miał albo nie ma podobnych marzeń…?

Pisanie o sobie to chyba najtrudniejsza sztuka. No bo skąd wiadomo, co jest ważne dla Czytelnika? Jak przedstawić fakty, zdarzenia i miejsca, które były naszym udziałem i zmieniły nas na zawsze? Marzenia. Duże słowo…

Miłe… dobrego początki

Podróżować uwielbialiśmy zawsze. Banał, bo kto nie marzy o podróżach? W każdy wolny weekend – góry. Ukochany Beskid Niski i Bieszczady.

W pierwszą wspólną i dość ekstremalną wyprawę udaliśmy się do Rumunii. O małej, zapomnianej wsi w Karpatach, której nie było na mapie dowiedzieliśmy się od zaprzyjaźnionego podróżnika. Ruszyliśmy szukać materiałów do pracy magisterskiej Dorotki, chodziło o ikony pisane na szkle przez pewnego mnicha z Niculi.

Jak mało wtedy wiedzieliśmy o podróżowaniu z plecakiem i z bardzo ograniczonym budżetem. Wierzyliśmy po prostu, że będzie dobrze. I było! Ja znałem wszystkie języki świata, a Dorotka miała baczenie na wszystko swoim mądrym, kobiecym okiem.

Przerażająca noc z namiotem na polu kukurydzy, sito gwiazd, podróż stopem z gadatliwym kontrabasistą i jego instrumentem, odbezpieczone karabiny pograniczników oraz przemili ukraińscy przemytnicy wódki i papierosów. Nigdy nie zapomnimy filozoficznej dysputy przy kubku mleka z odnalezionym mnichem. How can I be objective if I’m a subject? Jego słowa zostaną z nami na zawsze…

Wtedy uświadomiliśmy sobie, jak wiele daje nam podróżowanie, jak łatwo przystosowujemy się do innych, nie raz spartańskich warunków.

laos

 

 

Wpisani w szablon

Później dopadła nas codzienność, w której nigdy tak do końca nie czuliśmy się dobrze. Praca w korporacji tylko na początku wydawała się najlepszym miejscem do budowania swojej kariery zawodowej. Tak jest na wstępie, później orientujesz się, że to nie o kreatywność chodzi, czy o dobre pomysły, ale o statystyki i słupki na wykresach. Rzeczy, które na dobrą sprawę absolutnie nie mają żadnego sensu i znaczenia. Żadnego. Poza tym, wszyscy dookoła szkicują Ci ten sam przeklęty, utarty schemat: praca, dom, kredyt, samochód, telewizor. Nikt nie wspominał w tej wyliczance ani o pasji, ani o marzeniach, ani o szczęściu… Boże jak bardzo nie chcieliśmy się wpisywać w ten szablon.

Pierwszy raz o bilecie dookoła świata usłyszeliśmy jakieś cztery lata temu od naszego dobrego znajomego. W tym samym momencie poczuliśmy ukłucie w sercu. To jest coś dla nas, to może być nasza droga…

Każda złotówka na podróż dookoła świata

Polska codzienność szybko zabija takie porywy serca, ale nie w nas. Od tego momentu każdą zaoszczędzoną złotówkę odkładaliśmy na podróż. Dosłownie.

Zaczęliśmy powoli rysować trasę, zbierać informacje o szczepieniach, wizach i innych kwestiach formalnych. Czytaliśmy o państwach, które chcemy odwiedzić, co chcemy zobaczyć. To był nasz taki tajny plan.

Pamiętamy bardzo dobrze dzień kiedy kupiliśmy bilety. Była to piękna, słoneczna sobota. Trasa: Londyn- Hong Kong- Wietnam- Hong Kong – Filipiny – Australia – Nowa Zelandia – USA – Londyn.

Wspominamy rozmowę z koleżanką, która wtedy kupiła nowy samochód (no wiecie, taki idealny do pracy i na zakupy. „- A ile takie bilety was kosztowały?” – pytała. – „Ujmę to tak: ty masz nowy samochód, my mamy dwa bilety dookoła świata.”

Innym razem kolega z pracy pytał. „- Ty, nie boisz się tak jechać? A co potem? Ja bym się tak bał…” Na co my odpowiadaliśmy: „To ja cię zapytam, czy to Ty się nie boisz brać kredytu na 30 lat? To dopiero strach!”

W podróż dookoła świata

Poinformowaliśmy przełożonych o naszym planie na najbliższe miesiące, starając się o urlopy bezpłatne. Z różnym skutkiem. Miesiąc później siedzieliśmy w pierwszym samolocie. W głowie mieliśmy ułożony plan na najbliższe dwa tygodnie, który w sumie po trzech dniach legł w gruzach. Już dziś wiemy, że jeśli chodzi o tak dużą podróż to nie ma sensu za bardzo planować, warto natomiast mieć zarys, liczy się improwizacja.

Inspirujemy się miejscem, mieszkańcami, napotkanymi podróżnikami, poddajemy się chwili. Godzimy się na to, co daje nam rzeczywistość. A ona nie jest wypisana ani w mapach, ani w przewodnikach, ani w google, ale na ulicy, w kolorach, smakach, w prawdziwych spotkaniach z prawdziwymi ludźmi.

Na przystawkę był Hong Kong. Stan permanentnego zagubienia i oszołomienia. Wszystko od tego dnia było dla nas pierwsze. Wreszcie wolni, po raz pierwszy!

 

wietnam

O naszych przygodach, o próbowaniu wszystkiego po raz pierwszy od prawie trzech lat piszemy na naszym blogu. Bardzo Was wszystkich zapraszamy.

 

Dorotka i Marcin (Travelnauci)