Chinkali za jeden lari Biuro podróży Goforworld by Kuźniar

Chinkali za jeden lari

Wyżej, na stokach prawie pionowych, pasły się owce. Ktoś je do gór poprzypinał jak magnesy do lodówki. Wyskoczyły kaukaskie owczarki, obszczekały auto Giorgiego. Te były zajadłe, choć nieduże. Widywałem już osobniki wielkości odchowanych cielaków. Indiana Jones bał się węży, a mnie dusza ulatuje w kalesony na widok takiej bestii, pilnującej stada. Kolega, który chodzi po Kaukazie, mówi: A na owczarki są odstraszacze. Choć mają łby jak wiadra, w moim przypadku zdały egzamin – odpowiednie zachowanie i sprzęt ultradźwiękowy. Jednak ryzyko podjęcia walki zawsze istnieje. Żartowniś.

Najbardziej Giorgi nie mógł przeboleć, że w Stepancmindzie kazano nam płacić za chinkali jeden lari za sztukę. Jedliśmy je zaraz po sutej przystawce, po pękających od sera i serem spływających chaczapuri megruli, razem z kiszonymi kwiatami dżondżoli. Do tego piwo Kazbegi i tarhun, oranżada estragonowa, zielona, jak absynt albo nasz Ludwik. Giorgi był do uczty proszony, lecz świstek z rachunkiem zatrzymał, by pokazać rodzinie i znajomym w Tbilisi, jakie to czort ceny dyktuje na Kaukazie Wysokim. Mówię mu żartem, by przestał się przejmować, bo przecież im wyżej, tym ceny wyższe. Nazajutrz wrócił do tematu. Powiedział, że zdążył już narobić wśród swoich konkretnej antyreklamy tamtym ze Stepancmindy. Przywołał czasy, kiedy chinkali kosztowało trzy tetri za sztukę, czyli trzy ichnie grosze. Teraz płaci się sześćdziesiąt tetri i jest to cena w zasadzie akceptowalna. Ale jeden lari to zbójnictwo! Za to, spałaszowane chinkali, przepłacone czy nie, smakowały wybornie. Dopiero co ugotowane, gorące, z mieloną jagnięciną, kolendrą, czosnkiem. Gdyby je umaczać w maśle, instruował Giorgi, pasowałyby każdemu kaukaskiemu góralowi.

DSC_0374 DSC_0400

Gruzińska Droga Wojenna

Z Tbilisi ruszyliśmy o brzasku, biorąc ze sobą trzy słodkie bułki wielkości beretów i dwie plastykowe butelki wina, domowej roboty, z czego jedna była podarkiem na potem, do domu, do Polski, a druga w zasadzie prowiantem na drogę. Wino zapewnił Giorgi. Po drodze minęliśmy statuę Dawida Budowniczego na koniu, a na obrzeżach miasta gigantyczne centrum handlowe Tbilisi Mall. Za panowania Davida, wtrącił Giorgi, Gruzja ciągnęła się od Morza Czarnego do Kaspijskiego, rządziła na Zakaukaziu. Gruzini Dawida szanują. Walczył, myślał, uczył tolerancji. Włodarzem został jako nastoletni młodzian. A tu, mówił potem Giorgi, jest taki market Carrefour, gdzie możecie kupić wszystko. Wcześniej, przy jednej ze stacji paliw, trafiła się surrealistyczna scena. Stał tam pasterz ze stadem owiec. W środku miasta! Bez pasterskiego owczarka. Owce trzymały się razem. Pasterz miał na głowie papachę z baraniej wełny. Podpierał się kijem, miał swoje lata. Rozglądał się. Ktoś tego pasterza i jego owce wyprowadził na manowce…

DSC_0411 DSC_0414

Za Tbilisi niemal od razu ukazała się malownicza Mccheta. Z powodu remontu drogowej nawierzchni zrobił się korek. Za to można było spojrzeć na budzące się miasto. W dole, na lewo od szosy, pośród zabudowań starej części Mcchety, wybijała się katedra Sweti Cchoweli. Natomiast, na stromym wzgórzu, patrząc w przeciwnym kierunku, widniał rozświetlony porannym słońcem Monastyr Dżwari. Oba te boże przybytki należą do najważniejszych w Gruzji. Za Mcchetą odbiliśmy w prawo, by tzw. Gruzińską Drogą Wojenną dojechać aż pod sam Kaukaz. Lubię brzmienie nazwy tej drogi w języku gruzińskim: Sakartwelos Samchedro Gza. Nie chodzi o jakąś świeżo minioną wojnę. Ta trasa ma długą historię. Ponoć sięga starożytności. Od wieków, przecinając w poprzek wysokie góry, łączyła południowe regiony Kaukazu z północnymi. Korzystali z niej kupcy z Europy i Azji, ludy koczownicze, awanturnicy. Później nabrała znaczenia militarnego. Służyła do sprawnego przerzutu rosyjskich żołdaków podczas rozlicznych kaukaskich waśni. Rosjanie z tamtejszymi góralami, dajmy na to, Czeczenami, łatwego życia nie mieli. Co im zostało do dzisiaj. Szlak prowadzi do Władykaukazu po stronie rosyjskiej, w Osetii Północnej, liczy 208 kilometrów.

DSC_0249 DSC_0269

Brakowało nam porannej kawy. Nie bardzo było gdzie wypić. Giorgi odczytywał różne szyldy po gruzińsku, przeważnie: “świeże mięso”. Za wcześnie na takie ekscesy. Potem odczytał coś innego na jednej z chałup i obśmiał się, nim przetłumaczył, w czym rzecz. Chodziło o “gabinet ginekologiczny”, że stoi na takim pustkowiu. W końcu trafił się przydrożny bar. Tylko w przeciwnym kierunku. Trzeba było zawrócić. Giorgi długo klarował jakieś raźnej starowince, że chcemy kawy po turecku. Kiwała głową. W końcu dostarczyła zamówienie: czarną rozpuszczalną i cappuccino instant, z grudkami, nierozmieszane. Tureckie kazanie Giorgiego nie przyniosło oczekiwanego skutku. Nie szkodzi.

Ananuri, Pasanauri, Gudauri

Potem był pierwszy planowy przystanek – Ananuri. Twierdza nad Zbiornikiem Żinwalskim. To jezioro sztuczne. Zasila pobliską elektrownię o dużej mocy na rzece Aragwi. W nim turkusowa woda. Wokół jeziora gęsto zalesione wzgórza. Można tam w pejzażach dojrzeć fragmenty Kanady, może niemieckiej Bawarii, może Norwegii. Było wcześnie, cicho i głucho. Wciąż panował ponocny, przenikliwy chłód. Człowiek odruchowo dopinał polar. Powietrze rześkie i tak czyste, że kręciło się od niego w głowie. Para szła z ust. Twierdza była zamknięta. Zeszliśmy do jeziora. Kawałek od brzegu stały dwa namioty igloo. Jacyś młodzi ludzie spędzili w nich noc. Rozprostowywali kości. Wyglądali na zziębniętych. Ktoś już szykował małe ognisko. Inni zbierali drwa. Słychać było brzdęk aluminiowych kubków, pewnie na kawę lub herbatę. Warto się poświęcić, by zjeść śniadanie w takim pejzażu. Był z tymi ludźmi pies. Chudzieńki taki. Chciał się bawić. Merdał ogonem. Przypominał tego spryciarza z filmu “Maska”. Chciałem pójść na stronę, a on za mną. Jakoś źle na niego spojrzałem i biedaczek struchlał, posmutniał. Nie o to mi chodziło. Lecz nie odzyskałem już jego wesołości. Jakaś kobiecina, odziana na czarno, podeszła pod wrota twierdzy, pogmerała w nich kluczem i otworzyła na oścież. Można było wejść i popatrzeć na wszystko od wewnątrz, w tym na wiekową cerkiew, której ściany, pierwotnie wymalowane freskami, jacyś podobno rosyjscy wandale zamalowali biała farbą, nieodwracalnie niszcząc kawał bezcennej przeszłości.

DSC_0256 DSC_0269

Dalej na trasie leżało Pasanauri. Giorgi chwalił któryś z lokalnych barów. Dają dobre chinkali. Giorgi nie je byle czego. Ale za wcześnie było jeszcze na chinkali. Z kolei samo Pasanauri wydawało się przyjemnym miejscem, choć nieco podupadłym. Jak mówią, miasteczko kwitło dawniej, korzystając z boomu turystycznego w byłym Związku Radzieckim. Tuż przed nim łączą się koryta dwóch rzek: Białej Aragwi i Czarnej Aragwi. Giorgi chciał wykazać, że kolory ich wód faktycznie pasują do nazw. Coś się jednak porobiło, coś poszło nie tak, cienie nagle na świat zstąpiły, źle stanęliśmy, może oczy powariowały, bo tej różnicy w kolorze nie było widać. W Pasanuri trafił się kolekcjoner starych pojazdów. Miał nimi zastawiony cały ogród i pobocze przed gospodarstwem. Połowa to potrzaskane gruchoty. Giorgi zwolnił, chciał popatrzeć. Pod parkanem stała amfibia. Wybrakowana, rdzą przeżarta, lecz wciąż z charakterem.

Potem Giorgi pokazał kamienną wieżę, uczepioną wzgórza. To była wieża ostrzegawcza. Po niej zjawiła się kolejna. Dawniej chodziło o to, że gdy do granic zbliżał się wróg, to ci, którzy go pierwsi dostrzegli, rozpalali na takiej wieży ognisko, wysyłając świetlny i dymny sygnał, który był odbierany przez czuwających na innej wieży, by ci z kolei rozpalili tam własny ogień, przekazując go dalej, coraz bardziej w głąb własnego terytorium, aż komunikat o zagrożeniu dotarł do “centrali”. Mieli swoją telefonię komórkową, podsumował Giorgi.

Później zaczynały się coraz wyższe góry. Zbliżał się Kaukaz. Niemal bezchmurne niebo i słońce wyciągały z tego krajobrazu pełną moc. Trasa robiła się coraz bardziej stroma. Subaru forester Giorgiego wspinało się jak wyuczone w tym fachu. Sunąc serpentynami i zwiększając wysokość, minęliśmy Gudauri, senną mieścinę, która ponoć odżywa jedynie zimą. To kurort narciarski. Jeden z lepszych w regionie, poniekąd duma Gruzji. Kiedyś brakowało tam wszystkiego. Lecz opamiętano się jeszcze w epoce ZSSR. Obecnie fani białego szaleństwa zlatują się ze świata do Gudauri, by poużywać nart do woli. Kilka kilometrów za miastem nasza auto-wspinaczka osiągnęła punkt kulminacyjny na wysokości 2379 m n.p.m., na tzw. Przełęczy Krzyżowej. Powiadają, że dziewięć wieków wstecz przełęcz tą krzyżem oznaczył, wspominany już wcześniej, gruziński włodarz Dawid Budowniczy. Krzyż nie przetrwał, zagubił się w mrokach historii. W 1824 postawiono tam inny, kamienny. Kazał go postawić rosyjski generał i gubernator trans-kaukaskich prowincji Aleksiej Jermołow.

DSC_0334 DSC_0299 DSC_0294

Nieco wcześniej, tuż za Gudauri pod tzw. Pomnikiem Przyjaźni Gruzińsko-Rosyjskiej, oszałamiała panorama kanionu rzeki Aragwi. Dzisiaj nazwa tego pomnika brzmi nieco przewrotnie. Brzmi jak “nowy wspaniały świat”. Należało stanąć tam przy wątłej barierce i popatrzeć, pokontemplować. Jeśli człowiekowi przychodzą do głowy jakieś mistyczno-filozoficzne refleksje to właśnie w takich miejscach. Pamiętam, jak przyjaciel palnął kiedyś w Karkonoszach, że “egzystencja gór polega na ich biernym byciu…”. Ani chybi zostałbym jego uczniem, gdyby nie to, że w schronisku wyczekiwała naszego powrotu czarodziejka gorzałka. Przewietrzywszy ciało i umysł ruszyliśmy dalej. Przy aucie Giorgiego ktoś próbował nam sprzedać słoik miodu i czapkę chewsurską, robioną ręcznie, hojnie zdobioną.

Z winem do Sno.

Pozostał długi zjazd do Stepancmindy, do celu podróży. Ukazał się wielki Kazbek – pan i władca tej części Kaukazu Wysokiego. Najpierw sam szczyt, wystający ponad inne, poszarpane granie miedziowej barwy, szczyt pokryty masywną, śnieżno-lodową czapą, szczyt pięciotysięcznika. Gruzińskie nazwa tej góry, doprecyzował Giorgi, jest w sam raz. To Mkinwarcweri, czyli Lodowy Szczyt. Giorgi miał do załatwienia sprawę w Sno. Odbił w prawo jakieś cztery kilometry przed Stepancmindą. Na poboczach zrobiło się tłoczno od krów. Wyżej, na stokach prawie pionowych pasły się owce. Ktoś je do gór poprzypinał, jak magnesy do lodówki. Wyskoczyły kaukaskie owczarki, obszczekały auto Giorgiego. Te były zajadłe, choć nieduże. Widywałem już osobniki wielkości odchowanych cielaków. Indiana Jones bał się węży, a mnie dusza ulatuje w kalesony, na widok takiej bestii, pilnującej stada. Kolega, który chodzi po Kaukazie mówi: A na owczarki są odstraszacze. Choć mają łby jak wiadra, w moim przypadku zdały egzamin – odpowiednie zachowanie i sprzęt ultradźwiękowy. Jednak ryzyko podjęcia walki zawsze istnieje. Żartowniś.

DSC_0294 DSC_0292

Sno to mała wioska. Mieszkają w niej znajomi Giorgiego, katolicki patriarcha i pewna mniszka, która dotarła do Gruzji z Rumunii wiele lat temu. Odnalazła się w życiu i wierze, nauczyła języka. Wieźliśmy im pięć litrów wina w baniaku po wodzie. Warto zajrzeć do Sno, by stamtąd dosięgnąć wzrokiem Kazbek. Z tej perspektywy prezentuje się jakby w pełnej krasie. Oczywiście, trzeba sobie jeszcze wywróżyć idealną widoczność. W samej Stepancmindzie plan był prosty: wspiąć się do monastyru Cminda Sameba. Można to zrobić na piechotę albo terenówką. Miejscowi użyczą powszechnej tu łady niwa, tj. podwiozą za kilkadziesiąt lari. Zbędny wydatek. Trzeba tam zajść o własnych siłach. Giorgi miał poczekać. Wyliczył, że wędrówka w górę i z powrotem zajmie trzy godziny. W tym czasie mógł z kimś pogadać, podrzemać, posłuchać gdaczących kur i ujadających psin w przyległej do Stepancmindy wiosce Gergeti. Wróciłem szybciej. Na haju. Szczęśliwy. Tak mnie zaprawiło górskie powietrze. Od razu podjechaliśmy do knajpy, by zjeść wyczekiwane chinkali. Te chinkali, które kosztowały po jednym lari za sztukę, a powinny według Giorgiego kosztować połowę mniej…

Chinkali za jeden lari Biuro podróży Goforworld by Kuźniar

Marcin Wesoły

Podróżnik, organizator wypraw, wierny fan chaosu latynoskiej ulicy. Ze słabością do Santo Domingo i prozy Gabriela Garcíi Márqueza. W Dominikanie bywa regularnie. Działał tam, m.in. jako (foto)reporter. Odwiedził także Haiti, Kubę, Trynidad i Tobago, Gwadelupę, Dominikę, Kolumbię, Panamę… Przez 10 lat prowadził bloga „Karaiby i inne rewiry” (obecnie Caribeya). Autor przewodnika: „Dominikana” (Wydawnictwo Pascal, „Złota Seria”; I wyd. Październik 2014, II wyd. Październik 2018). W lipcu 2017 roku na wystawie fotograficznej „Everyday Dominican Republic – Miradas Cotidianas” w Santo Domingo pokazano 2 jego fotografie, zrobione w Dominikanie.