Chile - dalej być nie może Biuro podróży Goforworld by Kuźniar

Chile – dalej być nie może

Naszą chilijską przewodniczkę Monikę Trętowską już znacie, a teraz musicie koniecznie poznać jej książkę! Specjalnie z okazji premiery przygotowaliśmy wywiad, który może was mocno zainspirować do podróży.

GFW: Na Facebooku Twojego bloga Tresvodka.com robisz przeglądy prasy z Ameryki Południowej. Starasz się pomijać informacje o COVID. Ludzie właśnie tego potrzebują?

Tak mi się wydawało i chyba się nie pomyliłam, patrząc na komentarze czytelników, którzy co tydzień dziękują mi za oddech od wirusa. Chyba większość z nas zmęczona jest pandemią i tym, że zdominowała nie tylko nasze życie, ale i codzienne newsy. COVID opisywany jest w mediach z każdej możliwej strony. Jakby na świecie nie działo się już nic innego. Pomyślałam więc, że skoro robię codziennie rano przegląd prasy południowolatynoamerykańskiej – dla siebie i dla Radia 357, dla którego pracuję jako korespondent z Chile i Ameryku Południowej – to podzielę się tym co czytam z tymi, których ciekawi świat, ale nie znają hiszpańskiego. Dlatego też w poniedziałki robię podsumowanie kilku newsów tygodnia.

Unikam zresztą nie tylko pandemii, ale również tego co zwykle króluje w informacjach ze świata, zwłaszcza w kontekście Ameryki Południowej, czyli czystej polityki, tak zwanych gadających głów – co kto powiedział i jak ktoś inny to skomentował – oraz tematów związanych z katastrofami, dramatami i rozlewem krwi. U mnie też to się czasem pojawia, ale jeśli jest naprawdę ważne albo ważne w pewnym kontekście. Skupiam się m.in. na nauce, najnowszych raportach i badaniach, ekologii, prawach człowieka, na tematach związanych z ludnością rdzenną, archeologią, czy ciekawymi rozwiązaniami w danych dziedzinach. Choć wszystko ostatecznie ociera się w jakimś stopniu o politykę, więc nie można powiedzieć, że jej unikam. W przeglądach chcę pokazywać świat w różnych kolorach, nie tylko tych pesymistycznych. Pojawiają się również tematy trudne, wszak nie ma co zaklinać rzeczywistości i nie chodzi o to, żeby na siłę było różowo, ale chciałabym, żeby było przede wszystkim różnorodnie. Bo taki jest też świat.

GFW: Muszę jednak zapytać: czy u was także luzują obostrzenia? Wszystko wraca do normy?

Oj nie. Niestety. Kiedy rozmawiamy, cały region stołeczny Chile – czyli tam, gdzie mieszka jedna trzecia Chilijczyków, oraz wiele innych regionów w kraju, ponownie jest w kwarantannie. Wszystko – poza podstawowymi usługami – jest zamknięte, możemy wychodzić jedynie dwa razy w tygodniu, i raz w weekend, ze specjalnymi dwugodzinnymi przepustkami: na zakupy spożywcze, do lekarza albo w związku ze śmiercią kogoś bliskiego. Są jeszcze inne rodzaje przepustek specjalnych, np. dla pracowników niektórych sektorów usług, czyli wąskich grup.

Tutejsze obostrzenia podczas kwarantanny są bardzo ostre, ale czas pokazał, że są też nieskuteczne. Dzienna liczba nowych zakażeń jak na Chile wciąż jest wysoka, to ok. 5700 osób. Media podały niedawno, że 96,8% tzw. camas criticas – łóżek, które w przypadku zagrożenia zdrowia służą do ratowania życia – jest już zajętych. Jest to pewien paradoks, bo z drugiej strony już ponad 70% chilijskiego społeczeństwa jest zaszczepionych pierwszą dawką, a 62% dwoma. To światowa czołówka statystyk. Co jest więc nie tak? To złożony temat. Jedni mówią, że chińska szczepionka Sinovac, najbardziej rozpowszechniona w Chile, nie jest aż tak skuteczna jak się wydaje. Inni wskazują na fakt, że spora część Chilijczyków nie przestrzega obostrzeń. Niektórzy muszą wyjść z domu i walczyć o jakiekolwiek zajęcie zarobkowe, inni po prostu są zakazami zmęczeni. To już dwa lata, i wcale nie jest lepiej, „więc po co”. Chile potrzebuje pilnie nowej strategii walki z pandemią. Niestety władze idą w zaparte.

GFW: Kilka dni temu, 23 czerwca, premierę miała Twoja nowa książka „Chile. Dalej być nie może”. To przewodnik po Chile? Czego może się spodziewać czytelnik? Bardziej opowieści, czy szeregu wskazówek? Opowiedz o niej trochę.

To nie jest przewodnik, choć znajdziemy w niej obszerną część o geografii Chile, różnorodności tutejszej przyrody i jej fenomenalnych ekstremach, prężnie rozwijającej się – przed pandemią – turystyce. Na pewno można z tych rozdziałów wynieść sporo wiedzy o tym gdzie i kiedy jechać, czego nie przegapić, co wziąć pod uwagę i na co uważać.

Książka to reportaż o chilijskim społeczeństwie i o specyficznej więzi, jaka łączy Chilijczyków z tym niezwykłym kawałkiem planety. Jej myślą przewodnią, spinającą poszczególne części jest to, jak silnie niezwykłe położenie geograficzne kraju wpływa na jego mieszkańców w każdym właściwie aspekcie ich życia – jest dla nich zarówno błogosławieństwem jak i przekleństwem. Piszę o mentalności Chilijczyków i z czego ona wynika, o skomplikowanej historii, sprawach polityczno-społecznych, dyktaturze i braku pojednania oraz bolesnej przeszłości i teraźniejszości stosunków z rdzennymi ludami. Nie zabrakło też rozdziałów o „kulturze terremoto”, czyli trzęsień ziemi, o winie, zwyczajach, życiu codziennych i niebywałych kontrastach tutejszej fenomenalnej przyrody. Myślę, że to dość przekrojowa, choć nie pobieżna, podróż po chilijskim społeczeństwie. Próba zgłębienia tego nieoczywistego kraju ekstremów i wyrazistych kontrastów. Nie tylko geograficznych, ale również kulturowych, ekonomicznych i społecznych.

 

 

GFW: Ameryka Południowa jest najbliższa Twojemu sercu? Do których miejsc wracasz najchętniej? Do któryś wróciłabyś, gdybyś mogła tam pojechać jutro?

Ostatnio nad tym myślałam. Jest wiele takich miejsc, ale najcieplej w tym momencie myślę o Amazonii. To nie tylko efekt braku wolności, przestrzeni i natury, za którymi tęsknie okrutnie w te nasze chilijskie kwarantanny, a z którymi kojarzy mi się las deszczowy. Amazonia jest miejscem absolutnie wyjątkowym i zostawiłam w niej kawałek swojego serca. Takiego resetu dla ciała, umysłu i duszy nie doświadczam chyba nigdzie indziej. Bardzo podziwiam i szanuję też sposób w jaki żyje tam ludność rdzenna, staram się od niej uczyć, ile mogę. Ich wiedza jest nieoceniona i bardzo niedoceniona. Ale dodam też, że do Amazonii warto jechać przygotowanym. Do zaufanego, sprawdzonego miejsca.

Nieco bliżej mam do Patagonii Chilijskiej, drugiego fenomenalnego przyrodniczo miejsca. Przed pandemią, z racji pracy przewodnika, odwiedzałam ją regularnie i dziś bardzo nią tęsknię. Nie tylko za słynnym parkiem Torres del Paine, ale i za jej północną częścią, regionem Aysén. To tam biegnie Carretera Austral, Droga Południowa, ciągnąca się przez tysiąc dwieście kilometrów. Tereny najbardziej dziewicze, tak różnorodne pod względem przyrodniczym i tak malownicze, że spokojnie można je nazwać snem fotografa. Wije się wśród lodowców, gór, jezior, fiordów i niekończących się lasów deszczowych. To nadal jedyna droga łącząca odległe tereny południa z resztą kraju. Choć powstała z czysto praktycznych powodów, dziś jest marzeniem podróżników z całego świata, godnym miana najpiękniejszego szlaku Chile. To moja ulubiona część kraju.

Po piętach depcze jej Pustynia Atakama. Jest naprawdę fenomenalna, bo to nie tylko piasek i słońce. Wystarczy wspomieć miejsce o nazwie Piedras Rojas, które – ze swoją niezwykłą mozaiką kolorów – jest świetnym przykładem tego, jak zaskakująco wielobarwna jest chilijska pustynia. Czerwone skały (czyli właśnie „piedras rojas”) powstały w wyniku utleniania się żelaza. Otaczają solnisko Aguas Calientes, które w zależności od pory roku zmienia kolory – od niemalże czystej bieli po błękit i lazur. ⁠To mój ukochany zakątek Atakamy. Zawsze, kiedy wracam na pustynię – sama czy z turystami – wyczekuję dnia wyprawy właśnie tam.

W ogóle kocham pejzaże andyjskiego altiplano, również po stronie boliwijskiej. Salar de Uyuni, wielkie jezioro zajmuje imponującą powierzchnię ponad 10 000 km², to niebo na ziemi. Dosłownie! W porze deszczowej, zobaczyć je można z krystalicznie czystą taflą wody, w której odbijają się chmury. Daje to złudzenie ściany chmur przed oczami i braku horyzontu.

 

 

Chętnie wracam też do Peru ze względu na przyrodę, architekturę, dziedzictwo kulturowe i przepyszną kuchnię. A po odrobinę szyku i wielkomiejskości lecę do Buenos Aires.

Ameryka Południowa skradła moje serce, zdecydowanie. Po jedenastu latach czuję się tutaj jak “u siebie” – choć oczywiście nie znam jej w 100%, to niemożliwe. Może dlatego ostatnio coraz bardziej marzy mi się Azja i Afryka, bo tam jeszcze nie byłam. Zatęskniłam za uczuciem bycia na kontynencie, którego nie znam, nie rozumiem, gdzie ludzie mówią w obcym mi języku, gdzie muszę odkryć jak co działa i obserwować nowe, lokalne zwyczaje. Japonia to mój nowy podróżniczy sen.

GFW: Czy w Ameryce Południowej znajdujesz tam trochę… Polski?

Znajduję, choć wcale nie jest to łatwe w kontekście codzienności. W Chile nie ma zbyt wielu polskich produktów, nie ma też wielu okazji na spotkania z polską kulturą – zobaczenia rodzimego filmu w kinach czy sztuki w teatrze. Dlatego każda taka szansa ogromnie cieszy. W krajach, gdzie Polonia jest większa, jak Argentyna czy Brazylia, wydarzeń związanych z polską kulturą jest więcej. Polonia w Chile jest mała, to tylko kilkaset osób, choć akurat w przypadku relacji i przyjaźni liczy się dla mnie ich jakość, a nie ilość.

Z drugiej strony, jeśli trochę poczytasz, polskie ślady w Ameryce Południowej mogą zaskoczyć. Pozostając przy przykładzie Chile, wystarczy spojrzeć na mapę. Na południu kraju jest miejscowość o nazwie Polonia, czyli Polska! Zauważyłam kiedyś z okna autobusu znak z takim napisem i zaczęłam dociekać. Podobno na początku XX wieku, tamtejszymi terami administrował pewien Polak. Był kompetentny i lubiany, więc nowo wybudowany przystanek kolejowy nazwano na jego cześć Polonią. Wkrótce cała rozrastająca się wokół niego wioska przejęła tę nazwę. Swego czasu delegacja Ambasady Polski w Chile jeździła tam na coroczne święto. Za to na północy Chile leży Kordyliera Domeyki, która ma ponad dziewięćdziesiąt milionów lat i szczyty wznoszące się na wysokość ponad czterech tysięcy dwustu metrów n.p.m. Polski inżynier i geolog był jednym z pionierów badań naukowych nad terytorium Chile i do dziś cieszy się tu ogromnym szacunkiem i sławą. Był też profesorem i drugim w historii rektorem Uniwersytetu Chilijskiego, najstarszego w tym kraju. Ale ważnych Polaków w chilijskiej historii było znacznie więcej. Między innymi w świecie win, architektury, fotografii czy sztuki.

Ja, z racji pracy w radiu, mam stały kontakt z Polską, na co dzień używam polskiego języka. Również dlatego, że udzielam lekcji polskiego w Santiago. Bardzo lubię tę pracę, zwłaszcza kiedy obserwuję to jak przez poznawanie języka i kultury pogłębia się w moich uczniach fascynacja Polską. Działam więc na dwa fronty, przybliżam Chile Polakom, a Chilijczykom Polskę (śmiech).

GFW: Napisałaś kiedyś tekst o tym, co to znaczy, gdy mieszkasz w Santiago trochę za długo i stajesz się coraz bardziej chilijski. Jesteś za bardzo chilijska? (śmiech) Czym się to objawia?

To jeden z najpopularniejszych tekstów na blogu. Co ciekawe, napisałam go w dwadzieścia minut, niemalże jednym tchem (śmiech).

Kiedy stajesz się coraz bardziej chilijski, nawet jeśli nie planowałeś? Kiedy masz w domu specjalną szufladę ze świecami i zapałkami, ale nie na romantyczną kolację tylko na wypadek trzęsienia ziemi. Kiedy obierasz pomidory, bo wiesz, że nikt inaczej ich nie zje. Kiedy nie wychodzisz na imprezę przed 23:00. Kiedy rodzinny obiad w niedzielę trwa cały dzień i przestajesz z tym walczyć i jesteś zmęczony już samą myślą, że musisz jechać metrem w porze szczytu. Objawia się to również na przykład tym, że mówiąc po hiszpańsku dodajesz do wszystkiego poh (si po, no po, ya po). Wiesz, że nie ma to sensu, ale wszyscy tak robią i nie możesz się powstrzymać (śmiech). Zaczynasz też nagminnie używać zdrobnień takich jak tecito (herbatka), cafecito (kawka), camita (łóżeczko) czy calentito (cieplutko), choć kiedyś sam się z tej przypadłości Chilijczyków śmiałeś (śmiech)

Przykładów w poście podałam pięćdziesiąt, ale w draftach mam jeszcze drugą nieopublikowaną część i właśnie mi przypomniałaś, żeby do niej wrócić (śmiech).

 

 

GFW: Na blogu piszesz o Chile jako o miejscu, które znasz i czujesz: jedzenie, muzyka, polityka, obyczajowość. Utożsamiłaś się z tym krajem na 100%, czy jednak czujesz się bardziej obywatelką świata?

Jestem Polką i zawsze będę Polką. Chile widzę jako moje miejsce na ziemi, które zrozumiałam i pokochałam, zarówno za coś, jak i pomimo wszystko. Nie wszystko mi tu odpowiada i nie wiem czy będę mieszkać tu do końca życia. Przychodzi taki czas, że to świetnie, że przyroda jest fenomenalna, a ludzie mili, ale na co dzień interesuje cię również to jak działa system zdrowia i edukacji, denerwuje przepłacanie i niekompetencja pracowników, drażni wszechobecna nierówność, na którą nie ma w tobie zgody. Tu Chile traci nieco blask. Niemniej jednak Chile stało się moim domem, dużo mi dało i bardzo ten kraj szanuję. A gdzie zaprowadzi mnie życie, czas pokaże. Na co dzień coraz silniej definiuję się po prostu jako mieszkanka planety Ziemia, o którą należy dbać, gdziekolwiek jesteśmy. Choć obywatelka świata brzmi może szykowniej (śmiech). Można powiedzieć i tak, bo już wiem, że mam dużą zdolność adaptacji do różnych warunków, ludzi i sytuacji. Tego, między innymi, uczy cię emigracja.

GFW: Dzięki za rozmowę! 

 

Chile - dalej być nie może Biuro podróży Goforworld by Kuźniar

Monika Trętowska

Z wykształcenia, zawodu i powołania dziennikarka, reporterka, radiowiec. Z pasji do podróży i miłości do Ameryki Południowej przewodniczka turystyczna po Chile i krajach andyjskich. Jej zdaniem obydwie profesje wiele łączy, jak choćby chęć dzielenia się zdobytą wiedzą i misja zbliżenia odległych światów.   Na co dzień mieszka w Santiago de Chile. Pracuje jako korespondentka z Ameryki Południowej dla Radia 357, komentuje tutejsze wydarzenia w polskiej prasie i telewizji. Organizuje wycieczki i oprowadza turystów. Jest autorką książki reportażowej o Chile pt. "Chile. Dalej być nie może" i bloga Tresvodka.com   Miłośniczka muzyki latynoamerykańskiej, nowych smaków i dzikiej natury. W pracy zorganizowana i przewidująca, w życiu prywatnym spontaniczna i kierująca się intuicją.