Zakochana w górach

Mówi o sobie fotografka-amatorka, ale jej zdjęcia są tak piękne, że przyciągają obserwatorów. Dlaczego? Ola Parzyszek kocha góry, tak mocno, że nie sposób nie patrzeć na nie jej zakochanymi oczami. Jeżeli i wy uwielbiacie polskie góry, na pewno spodoba wam się jej opowieść!

GFW: Fotografowanie gór nie tylko cię nie nudzi, ale ty nie nudzisz innych. Te zdjęcia są świetne! Dlaczego akurat góry, na dodatek polskie?

Ola Parzyszek: Dziękuję! Przyznam, że za każdym razem dobre słowo na temat moich zdjęć wprowadza mnie w lekkie zakłopotanie. Chyba do tego nie przywyknę . Nie zajmuję się fotografią, ja po prostu robię zdjęcia w górach. Nie zastanawiam się wcześniej co i jak pokażę, nie planuję, działam spontanicznie. To moje hobby, czynnik towarzyszący większemu hobby, którym są oczywiście góry.

Zaprzyjaźniony z turystami mieszkaniec rejonu Schroniska Teryego w Tatrach Słowackich
Rysy widziane z Koprowego Wierchu (Tatry Słowackie)
Ze szlaku na Krywań (Tatry Słowackie)

 

Tatry „wszczepili” mi rodzice. Miałam chyba 7 lat (a mój brat 4), kiedy pierwszy raz pojechaliśmy na trzytygodniowe wakacje do Zakopanego. Była to niemała wyprawa, bo musieliśmy przejechać pociągami pół Polski. Nie pamiętam już dziś tych pierwszych wrażeń, nie wiem, czy mi się podobało, bo byłam dzieckiem. Ale z tego, co raz po raz wspomina mama, lubiliśmy z bratem wchodzić po tych wielkich kamiennych stopniach, mówić „cześć” każdemu turyście, napotkanemu na szlaku, cieszyliśmy się z wejścia na szczyt. Wracaliśmy tam niemal każdego roku. Potem oczywiście przyszedł etap, kiedy jeżdżenie z rodzicami to była „siara”, więc w Tatry wróciłam dopiero po studiach.

Nie był to sukces, bo podczas pierwszej wyprawy musiał interweniować TOPR. Nie chcę o tym dziś już mówić, bo strasznie mi wstyd. Ale po tej kompromitującej przygodzie uwzięłam się na te góry. Powiedziałam, że nie odpuszczę, nie odstraszą mnie. Dały mi nauczkę? Ok. Wyciągnę wnioski, nie będę chodzić bezmyślnie, będę się przygotowywać do wycieczek, nakupię odpowiednich ciuchów i sprzętu, poczytam o bezpieczeństwie, nauczę się czytać pogodę… I tak od ponad 4 lat ciągle się uczę i chodzę.

Lubię trekking. Na razie nie idę na szlaki taternickie, bo po pierwsze nie mam przygotowania, umiejętności, a po drugie jeszcze nie jestem gotowa psychicznie, chociaż coraz więcej znajomych już na tym polu bardzo doświadczonych, namawia mnie i przekonuje do spróbowania wspinaczki. Wiem, że w końcu się przełamię, ale wszystko w swoim czasie.

Październikowa Hala Gąsienicowa
Szlak na Gesią Szyję w styczniu
Widok ze Sławkowskiego Szczytu (Tatry Słowackie)

 

Góry uczą pokory. Nie ma tam miejsca na brawurę, popisywanie się, bo to zawsze źle się kończy. Trzeba mieć głowę na karku, wiedzieć, gdzie się idzie, mieć dobrze obliczony czas przejścia trasy. Trzeba wcześniej sprawdzić pogodę i nie mówię tu o zerknięciu na prognozy w TVN i sprawdzenie, czy w Krakowie będzie padać, czy nie. Jest mnóstwo stron z dokładnymi prognozami, gdzie można sprawdzić, czy i o której będzie padać, jaki będzie pułap chmur, jakie ciśnienie i wilgotność.

W Tatrach pogoda zmienia się z każdą godziną i trzeba być gotowym na wszystko, nawet na to, że nagle pojawi się burza. Dlatego zawsze mam w plecaku mapę, zapas jedzenia i picia, kurtkę nieprzemakalną, stuptuty, czapkę czy opaskę i rękawiczki (nawet w lipcu), bluzę, czołówkę, albo latarkę. Trochę mi nerwy szarpią, newsy o tym, że turyści dzwonili po TOPR, bo się ciemno zrobiło i nie widzą szlaku z Morskiego Oka, albo że ojciec zabrał nastoletnie dziecko na Orlą Perć czy Rysy i zastał ich deszcz, a oni w krótkich spodenkach, bo przecież jest lato. Ludziom się wydaje, że to taka przecież wycieczka, kilka godzin.

Tatry są dla wszystkich, ale błagam, zanim się wybierzecie, poczytajcie trochę w Internecie na temat warunków, potrzebnych rzeczy, zagrożeń i niebezpieczeństw. To jest dzika natura. Nie ma na nią mocnych.

W drodze na Rusinową Polanę
Tatry Zachodnie widziane z Grzesia
Giewont od strony Kopy Kondrackiej

 

Dla mnie Tatry to z jednej strony niesamowite, przepiękne widoki, pofalowany po kres krajobraz, strzeliste skały i łagodniejsze stoki, feria barw i kompletna cisza (oczywiście nie mówię tu o obleganych szlakach). Z drugiej strony to jakaś nieokreślona mistyka. Nie potrafię tego wytłumaczyć, to się chyba czuje, albo nie. Sama wędrówka jest już przeżyciem. To odcięcie się od świata, bycie zdanym tylko na swoje ciało i umysł, kiedy liczy się każdy oddech i słyszy bicie serca, które pompuje krew jak szalone. To ciągłe motywowanie samego siebie, a czasami też towarzysza. To takie testowanie umysłu, nie tylko ciała. Uwielbiam ten moment, kiedy wchodzę na szczyt (a im więcej wymaga to ode mnie tej „walki” ze sobą, tym lepiej) i ogarnia mnie jakaś taka dziwna euforia.

Mam ochotę krzyczeć, ale nie dam rady, jestem zmęczona, ale niesamowicie szczęśliwa. No, gęba sama się śmieje. A jeszcze w nagrodę te widoki! Z każdej strony potężne skały, ogrom, masyw, poszarpane ściany. Człowiek tak patrzy na to wszystko, wie, że wystarczy krok i go nie ma. Że jest tylko malutkim elementem. Może sobie na dole być prezesem, dyrektorem, wymiataczem w marketingu… ale tam na górze jest takim drobnym pyłkiem. Ty i twoje tytuły, konta i kariera przeminie, a te góry sobie będą stały, jak stoją…. Nie chce się schodzić, poważnie. I często szybko nie złażę, siedzę na górze aż mi się zimno nie zrobi, czyli jakąś godzinę.

Podejście na Przełęcz Karb
Szlak na Szpiglasową Przełęcz od strony Doliny Pięciu Stawów
Szlak ze Szpiglasowej Przełęczy w kierunku Morskiego Oka

 

Pamiętam jedno niesamowitą dla mnie sytuację. Poszłam z koleżanką z Murowańca przez Dolinę Pańszczycy na Przełęcz Krzyżne. Pogoda była taka sobie, pochmurno, chłodno, zanosiło się na deszcz, widoczność słaba. Wlazłam na tę przełęcz i stanęłam jak wryta. Ten spektakl ciężkich chmur nad widocznymi w oddali wysokimi Tatrami dziwnie mnie zaczarował.

Szukałam przez chwilę miejsca, z którego zrobić zdjęcie. Kręciłam się, kadrowałam to z tej, to z drugiej strony i w końcu zrobiłam takie, jakie chciałam. I tu zaczyna się najlepsze- wróciłam do Krakowa, minęło kilka tygodni. Przypadkiem, zainspirowana rozmową z kimś o Witkacym, zaczęłam szperać w sieci, szukając nie wiadomo czego. Nawet nie potrafię opisać tego uderzenia w środku, kiedy zobaczyłam, że dokładnie takie samo zdjęcie, dokładnie w tym samym miejscu, w dokładnie taką pogodę zrobił 100 lat temu Witkacy właśnie. Dziwnie się poczułam.

Majestatyczne skały w Zadniej Dolinie Jaworowej (słowacka strona)
Lodowa Dolina z Lodowej Przełęczy
Szlak do Chaty pod Zielonym Stawem (Słowacja)

 

GFW: Czemu akurat Tatry?

Ola Parzyszek: Chyba dlatego, że są najbliżej mnie wysokimi górami. Kilka razy byłam w Bieszczadach, w Gorcach, w Beskidach… ale zawsze miałam takie poczucie zawodu, jak wchodziłam na szczyt. „Jak to? To już? A gdzie te góry?” – pytałam. Chyba tak już jest, że jak „posmakujesz” Tatr, to niższe góry nie będą Cię już tak satysfakcjonować. Odkąd zaczęłam jeździć na słowacką stronę, to polska już nie robi na mnie takiego wrażenia. Tatry słowackie są potężniejsze, wyższe.

Wchodzisz w dolinę i od razu masz uderzenie po oczach, bo wyrastają wkoło od razu wielkie skały. Na terytorium Polski leży przecież znacznie mniejsza część Tatr, zaledwie 22% ich całkowitej powierzchni. Reszta to Słowacja. U nas szlaki są krótsze, ale bardziej strome. Słowacy mają długie doliny, przez które idzie się nawet kilka godzin, ale wejścia na dużo wyższe szczyty są łagodniejsze. Pewnie jak bym zaczęła jeździć w Alpy, to i Tatry już nie robiłyby na mnie wrażenia. Na razie mam jeszcze trochę do złażenia tutaj.

Cicha Dolina Liptowska ze szlaku od Kopy Kondrackiej do Kasprowego Wierchu
Widok w kierunku Czerwonych Wierchów z Kasprowego Wierchu

 

GFW: Na jakim sprzęcie obecnie pracujesz?

Ola Parzyszek: Na smartfonie! Poważnie. Nie noszę ze sobą aparatu, bo to zbędny ciężar. Wystarcza mi telefon. Oczywiście używam jednej, dwóch aplikacji do obróbki zdjęć, ale to wszystko dzieje się w jednej dłoni.

GFW: Na twoim instagramie roi się od zdjęć. Skąd tyle czasu na fotografowanie? I przebywanie w tak pięknych miejscach?

Ola Parzyszek: Wbrew pozorom, nie siedzę non stop w Tatrach. Z jednej wycieczki mam ok 50 zdjęć, z czego po odrzuceniach, wyborach zostaje mi ok 20. I tak dzień po dniu dorzucam po jednym, aż do wyczerpania zapasów. Nie mogę się zdecydować na jedno, dlatego jest ich tak dużo. Ale to prawda, często jestem w Tatrach, średnio raz w miesiącu, czasami dwa; głównie w weekendy, bo w tygodniu pracuję. Z Krakowa to rzut beretem, jeśli wyjedzie się odpowiednio wcześnie, ominie się korki i na parkingu przed szlakiem jestem po dwóch godzinach.

Mam kilka grup znajomych, którzy mają takiego samego „fisia” jak ja. Bawi nas to, że często w tygodniu mamy problem z wstaniem do pracy, ale jak trzeba wstać po 3:00 w sobotę, to zrywamy się w minutę. Bo jest różnica między wstawianiem do pracy a wstawaniem w Tatry. To dwa zupełnie różne wstawania. Pakujemy się a auto, albo w autobus i w drogę.

Pod koniec ubiegłego roku powiedziałam sobie, że w 2017 będę w Tatrach przynajmniej raz w miesiącu. Takie noworoczne postanowienie, trochę dla zabawy, trochę dla sportu, a na pewno dla pokonania własnych barier. Strasznie, ale to naprawdę strasznie nie cierpię zimy. Mogłaby dla mnie nie istnieć. Ładnie wygląda tylko przez okno w grudniu. Nie jeżdżę na nartach i snowboardzie, nie śmigam na łyżwach i nienawidzę się ubierać w te wszystkie kurty, czapy, szaliki, kozaki… Ale przy tej całej awersji chciałam zobaczyć, sprawdzić, jak to jest zimą w Tatrach.

Uwielbiam zimowe zdjęcia z gór. Też to chciałam wszystko zobaczyć na własne oczy, ale powstrzymywała mnie myśl, że przecież tam jest siarczysty mróz, aż oczy zamarzają. Ale skoro postanowiłam, to poszłam. I co się okazało? Że wcale nie jest zimno! Nic a nic. No i ta pierwsza wycieczka w śniegu po uda skończyła się tak, że szybko kupiłam zimowy sprzęt, zimowe ciuchy i potem był pierwszy dwutysięcznik w zimowych warunkach i pierwszy lęk, że lawina zejdzie. To daje kopa, potężnego. I to uczucie, że jeszcze tyle się muszę nauczyć! To fajne uczucie.

GFW: Czujesz się fotografką? Nie znajduję u ciebie portretów ludzi i miejsc, a jedynie pejzaże. To ci wystarcza?

Ola Parzyszek: W życiu! Nigdy bym się nie nazwała fotografką! Oj nie. Ja tylko robię zdjęcia w Tatrach. Fotograf to dla mnie ktoś kto ma jakąś elementarną chociaż wiedzę na ten temat, kto zajmuje się tym profesjonalnie, kogo prace są wystawiane, nagradzane, albo kto na tym zarabia. Bartek, mój brat, jest bardziej fotografem niż ja, chociaż on akurat zajmuje się fotografią streetową.

Ale ma pomysł, zamysł, jest wyróżniamy w międzynarodowych konkursach, należy do grup fotograficznych. Ja mam po prostu oko do kadrów, idę szlakiem, a jak akurat coś przykuje moją uwagę, wyciągam telefon i robię zdjęcie, albo kilka. Chyba to „oko” mamy z Bartkiem w genach, po tacie, który jest grafikiem, plakacistą ze starej Polskiej Szkoły Plakatu.

Świnica widziana ze szlaku spod Kopy Kondrackiej
Świnica z Kasprowego Wierchu

 

Robię głównie, jak to się teraz mówi „landscape’y”, bo lubię naturę. Nie umiem zrobić portretu, zdjęcia architektury. Nie widzę tego. Ale też nie mam parcia, żeby się akurat tym zajmować. Chcę robić to, co lubię, co do mnie „mówi”. Głównie są to góry, bo w takich okolicznościach przyrody jestem najczęściej, ale mam też swoje ulubione motywy, jak np. polne drogi. Najważniejsze dla mnie jednak jest zawsze to, żeby w kadr nie wchodził mi żaden człowiek i żaden budynek. Chcę mieć czystą naturę.

Znajomi zawsze mnie pytają: „Jak Ty to robisz, że na twoich zdjęciach nie ma w Tatrach ludzi, a tam są przecież takie tłumy?” Po pierwsze tajemnica tkwi w kadrze. Ustawiam się tak, żeby nikogo nie złapać. Na zdjęciu jest pusto, a za plecami mam kilka grup turystów. Po drugie w Tatrach naprawdę są miejsca, gdzie przez kilka godzin wędrówki spotka się może kilka osób. Tatry to nie tylko Kasprowy, Hala Gasienicowa, Morskie Oko czy Dolina Pięciu Stawów. Zdjęcia i tak nie oddają tego, co widzi oko, więc zachęcam do wędrówek i podziwiania tatr w 3D, na żywo.

GFW: Masz jakieś podróżnicze marzenia? Miejsce, w którym chciałabyś zrobić zdjęcia?

Ola Parzyszek: Oczywiście! Himalaje! Marzy mi się trekking pod Mount Everest. Chciałabym zobaczyć Lhotse, Makalu, Cho Oyu… Wiem, że na te szczyty nie wejdę, znam swoje możliwości i ograniczenia, ale chociaż chciałabym sobie na nie popatrzeć.

Aleksandra Parzyszek

Z urodzenia Podlasianka, z wyboru Krakowianka, sercem tatrzańska „kozica”. Uwielbia trzy rzeczy: Tatry, książki i czekoladę. I tak jej się w życiu ułożyło, że zajmuje się promocją literatury w Wydanictwie Znak, w weekendy, jak pogoda pozwala, chodzi po Tatrach, a na czekoladę zawsze znajdzie czas.