Fizyk w podróży

Na ten wywiad czekałam prawie rok. Wojciech Ganczarek jest cały czas w podróży, oprócz tego pisze książki i śpiewa. Jak sam napisał na swoim blogu: „Sam nie mogę w to uwierzyć, sam się temu dziwie. Pytają ile czasu jesteś w podróży, trzy lata, naprawdę?, naprawdę, no chyba tak, na to właściwie wychodzi. Czasem sobie nawet liczę: październik 2013, potem 2014, raz, 2015, dwa, 2016, trzy. No tak, czyli trzy.” Ale udało się. Dzisiaj gości na łamach goforworld.com!

GFW: Podróżujący fizyk to jaki? Doświadczający wszystkiego… bardzo namacalnie? (śmiech)

Wojciech Ganczarek: Czasami trudno sprecyzować powody własnych działań. Kilka miesięcy temu, w rozmowie ze starszym podróżnikiem, rowerzystą przed sześćdziesiątką, usłyszałem: „ty po prostu zdałeś sobie sprawę, że życie to nie tylko badania i nauka, że jest coś więcej. Czyli – wracając do Twojego pytania – podróżujący fizyk to taki, który rozgląda się na świat poza fizyką.

GFW: Zanim zapytam cię o Gruzję, na którą ostrzę sobie zęby, zapytam też o inne przystanie. Trzy lata przez Amerykę Łacińską na rowerze. Zmieniło to Ciebie? Czy to tylko przygoda?

Wojciech Ganczarek: Trzy lata to jest kawałek życia. Tak konkretnie, w moim przypadku, to nieco ponad jedna dziesiąta, a – idąc dalej w wyliczenia – jeśli chodzi o życie dorosłe czy pełnoletnie, blisko jedna trzecia! Trudno, żeby nie zostawiło to na mnie istotnego piętna. I nie chodzi tylko o czas, ale i sposób jego spędzenia: przez te trzy lata nie goniłem bez przerwy na rowerze. Kilkakrotnie zatrzymywał się na dłużej, na kilka tygodni czy miesięcy. To właśnie te doświadczenia zasiedzenia się w innej rzeczywistości okazały się najbardziej cenne. Poznane wówczas osoby i ich życiorysy często zachowuję w głowie jako motywacje i drogowskazy. Duży wpływ na moją wizję świata ma konfrontacja współczesności latynoamerykańskiej z historią kontynentu. Wydaje mi się, że kluczowe dla zrozumienia dzisiejszej sytuacji krajów od Meksyku po Argentynę jest właściwe odczytanie wydarzeń z początków XIX wieku, wojen o niepodległość, postaci takich jak Boliwar, San Martin i Artigas. Dalej: znajomość rajskich plaż i cichych, andyjskich wiosek nie pozwoli mi chyba już nigdy więcej zaakceptować życia na szarym blokowisku zatłoczonego miasta. I w końcu: fakt, że po hiszpańsku mówię właściwie z taką wygodą, jak po polsku sprawia, że na całym kontynencie, we wszystkich jego dwudziestu państwach, czuję się jak w domu.

GFW: W Gruzji byłeś dwa razy. Dlaczego tam wracałeś?

Wojciech Ganczarek: Zabrzmi wzniośle, ale oświadczam, że niniejsza relacja jest prawdziwa! (śmiech) Gdy po raz pierwszy znalazłem się pod najbardziej znaną z Gruzińskich gór, pogoda była wyśmienita. No i wiadomo jaki jest Kazbek: idealny biały stożek wsadzony pośród rajskie, zielone pagóry. Zakochałem się. Popatrzyłem nań, wziąłem głęboki oddech i powiedziałem sobie: „wejdę”. I rok później rzeczywiście wszedłem na szczyt, wspólnie z poznanym podczas autostopowej podróży po Iranie, Islandczykiem Karlem. Miałem na sobie dziurawe jeansy, a Karl moje skarpetki na rękach, w roli rękawiczek. Inne grupy wchodzące w tamtych dniach mówiły o nas „kamikadze”, bo nie mieliśmy ze sobą lin. Później pojechałem jeszcze do Abchazji, strasznie mnie korciło. Żałuję, że nie miałem więcej czasu, by tam posiedzieć: z perspektywy obecnej, trzyletniej podróży, ówczesne dwa-trzy tygodnie w Gruzji to nic.

GFW: Gościnność Gruzinów jest słynna. Ale nie jest przereklamowana?

Wojciech Ganczarek: Miałem przyjemność znaleźć się w Gruzji jeszcze dobrych kilka lat temu, dosłownie na chwilę przed polskim boomem na Zakaukazie. Wtedy rzeczywiście najłatwiejszym sposobem na znalezienie noclegu było usiąść przed sklepem i poczekać, aż ktoś nas zabierze do domu (śmiech). Nie wiem czy dalej tak jest. Znajomi donoszą mi, że Gruzja dzisiaj to już zupełnie co innego, że watahy turystów, że biura podróży na każdym rogu. To jest cały temat, ale temat dobrze znany w wielu częściach świata: natężenie turystyczne zmienia krajobraz społeczny, i trudno się temu dziwić. Jeśli do danego kraju czy miasteczka nikt nigdy nie przyjeżdża i nagle zjawia się jeden, dwóch czy pięciu zbłąkanych wędrowców, możemy być niemal pewni, że miejscowi przyjmą ich u siebie jak honorowych gości, z radością, z zaciekawieniem. Ale jeśli tych wędrowców nie jest ani pięciu, ani piętnastu, tylko piętnaście tysięcy, zostaną raczej przyjęci jako potencjalne źródło zysku. Zresztą: mieszkałem jakiś czas w Krakowie i rozumiem, że turystyczny tłum potrafi drażnić. Zwłaszcza, gdy przyjezdni traktują zwiedzane miejsce – żywe miasto żywych ludzi! – jak terenowy oddział Disney Landu.

GFW: Wrócisz kiedyś do zwykłego, fizycznego świata? Czy zawsze będziesz w podróży?

Wojciech Ganczarek: Na pewno podróż zakończy się (ale i na pewno nie będzie to ostatnia podróż!). Zdecydowanie chciałbym osiąść, działać stacjonarnie i kreatywnie. Usiłuję to robić także w podróży – jednym z owoców tych usiłowań jest przygotowywany właśnie do wydania reportaż o Wenezueli – ale to nie to samo. Ostatecznie jeden plus jeden to więcej niż dwa: mam na myśli, że wspólne działanie bywa znacznie bardziej owocne. A wspólnoty powstają raczej w trybie osiadłym, a nie podróżnym. Natomiast czy tym kreatywnym działaniem będzie fizyka, matematyka czy może coś kompletnie innego, to odpowiem najbardziej szczerze, jak potrafię: nie wiem. Proszę zapytać za dwa, trzy lata, zobaczymy w jakim stanie kwantowym/życiowym będę się znajdował!

Redakcja goforworld.com

goforworld.com poleca!