Chiny i Indie w Malezji

Malezja to państwo, w którym podczas krótkiego spaceru odwiedzić można krainy zamieszkałe przez trzy jakże różniące się od siebie nacje: Malajów, Chińczyków i Hindusów.

Najwięcej jest oczywiście tych pierwszych, a to dzięki politycznym czarom Brytyjczyków, które opisywałem ostatnio. Ale niemal w każdej większej miejscowości znajdziemy Chinatown i Little India. W stolicy, od której zacząłem podróż po Malezji, chińska dzielnica to okolice Petaling Street. To nazwa jednej, konkretnej ulicy (a właściwie ulicznego targowiska), ale zwyczajowo, gdy ktoś mówi tu o Petaling Street, tak naprawdę ma na myśli całe tutejsze Chinatown.


Chińczycy byli zresztą pierwszymi mieszkańcami Kuala Lumpur! Konkretnie: 87 chińskich górników, którzy w 1857 roku, dokładnie sto lat przed ogłoszeniem niepodległości Federacji Malajów, zaczęli wydobywać w okolicy cynę. Dzisiejsza malezyjska metropolia z Petronas Towers i dwoma milionami mieszkańców w połowie dziewiętnastego wieku składała się ledwie z tuzina chińskich chat na bagnistym brzegu rzeki Klang.

Ale nie zapominajmy o Hindusach, którzy stanowią siedem procent mieszkańców Malezji. Stołeczna dzielnica Little India znajduje się nieopodal Petaling Street (naprawdę: jeden spacer, trzy kultury!), nazywa się Bricksfield i po indyjsku jest pstrokata, głośna, przesiąknięta ostrym zapachem przypraw. A skąd wzięli się tu Hindusi? Tak jak i do innych zakątków Malezji i do innych kolonii brytyjskich, sprowadzono ich, gdy potrzebna była siła robocza. W tym konkretnym przypadku do budowy kolei.

Skoro przy Hindusach w Kuala Lumpur jesteśmy, wspomnieć muszę o miejscu dla nich najważniejszym, choć znajdującym się kilkanaście kilometrów na północ od Bricskfield. O hinduskich świątyniach, urządzonych w Jaskiniach Batu i stanowiących cel pielgrzymek. Zwłaszcza podczas święta Thaipusam, związanego z narodzinami Murugana, boga wojny. Statua tego groźnego bóstwa, wysoka na 43 metry, strzeże 272 schodów prowadzących do świątyń.

A jak układały się dotąd międzykulturowe relacje w Malezji? Cóż, podział ról ukształtował się już w czasach kolonialnych: Malajowie dominują w polityce, Chińczycy w gospodarce, Hindusi to siła robocza. Władze niepodległego państwa postanowiły utrzymać taki porządek, co zaowocowało rosnącymi napięciami, szczególnie na linii Malajowie-Chińczycy. Malajowie nie mogli znieść tego, że od chińskich sąsiadów są znacznie biedniejsi, Chińczykom zaś nie podobało się, że Malajowie zagarnęli dziewięćdziesiąt procent stanowisk w administracji.

W maju 1969 roku doszło do wybuchu. Gigantyczne demonstracje zamieniły się w rasowe zamieszki… A właściwie nie w zamieszki, lecz uliczną wojnę. Zginęło ponad dwieście osób, dwa razy tyle zostało rannych!

Dziś Malajowie wciąż są na uprzywilejowanej pozycji. Wyznawany przez nich islam jest religią państwową, ich język jest językiem urzędowym. Ale prawa mniejszości etnicznych i religijnych są chronione, a wszystkie grupy reprezentowane są w parlamencie. Nikt nie chce powtórki z 1969 roku.

Daniel Nogal

Copywriter, redaktor, autor powieści.